Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 29

– Z początkiem lutego Lidka ukończyła wszystkie potrzebne szkolenia, do objęcia nowego stanowiska w dyspozytorni. Nie miała pojęcia, czy to wystarczy, aby prawidłowo wykonywać nową pracę. Teorię, którą opanowała na wszystkich szkoleniach przez ostatnie dwa miesiące zaświadczała, że tak, a do tego miała również rozległą wiedzę i doświadczenie nabyte w karetce, którym będzie mogła się swobodnie wspomagać udzielając pomocy wzywającym karetkę. Wszystko wydawało się banalnie proste, obsługa komputera też nie sprawiała jej trudności, tylko mimo wszystko myśl o nowym zakresie obowiązków przyprawiała ją o dreszcze i stres. Pozytywnym faktem minionych miesięcy było to, że odkąd zamieszkała w domu Kuby i Kasi, powoli wracała do siebie. Odzyskiwała stabilność psychiczną, równowagę emocjonalną. Wróciło nawet jej dawne poczucie humoru i znów zapominała się hamować wtedy, kiedy powinna się gryźć w język. Rankiem miała się stawić w dyspozytorni, by zacząć pierwszy dzień w nowej pracy. Chociaż Jakub z całych sił starał się, żeby noc poprzedzający pierwszy dzień pracy była dla Lidki niezapomniana, przewracała się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Rozmyślała więc o wspaniałych nocach w ramionach Kuby, podczas minionych miesięcy. Każda godzina, minuta, sekunda w jego obecności przynosiła ukojenie, pozwalając zapomnieć o przeszłości i złych wydarzeniach. Przytuliła głowę do poduszki i zamknęła oczy. Miarowo oddychając przywołała w pamięci czuły dotyk ukochanego, który spał spokojnie obok. Nie pamiętała, by ktokolwiek, kiedykolwiek tak czule dotykał jej ciała, pieścił z namaszczeniem każdy milimetr jej skóry. i całował. Długo nie chciała pozwolić na zainicjowanie jakiejkolwiek bliższej relacji, ale Jakub nie protestował i czekał cierpliwie. Była mu za to niewypowiedzianie wdzięczna i budziło to w jej sercu ogromne pokłady miłości dla tego człowieka, który jak nikt inny otoczył ją troską i wspierał na każdym kroku. Teraz miała stuprocentową pewność, że to właśnie z nim znalazła to, czego od zawsze szukała, że razem zbudują świetlaną przyszłość dla siebie i małej Kasi, która najbardziej potrzebowała w życiu stabilizacji. Wyciągnęła rękę i pogładziła z czułością plecy Jakuba i przytuliła głowę do jego ramienia. Przypomniała sobie ich pierwszy wieczór, pierwszą prawdziwą randkę tego wieczoru, którą sama zainicjowała i była na nią w pełni gotowa. Wiedziała jak zrobić to umiejętnie i tak, by Kuba niczego się nie spodziewał, no może nieco pomogła jej w tym Kasia.
– Ciociu, czy mogłabym pójść na noc do Emilki?

– Zwróciła się do Lidki, która mieszała zupę w garnku.
– Do Emilki? Kiedy?
– Oj ciociu, no jak to kiedy. Wiadomo, że dzisiaj. Jest Piątek, chciałam zanocować u Emilki razem z Julką i Amelką, no taki babski wieczór…Rozumiesz, prawda?

– Lidka uśmiechnęła się zastanawiając, czy faktycznie rozumie coś takiego jak babski wieczór w przypadku ośmiolatek, ale na wszelki wypadek z powagą pokiwała potakująco głową.
– Kochanie, bardzo chętnie bym ci pozwoliła zanocować u Emilki, ale nie wiem co na to jej rodzice i twój tatuś.
– Jak to co? Mama Emilki już dawno się na to zgodziła. Rodzice Amelki i Julki też, zostaliście tylko ty i tatuś.
– Ach tak…

– Westchnęła Lidka z trudem powstrzymując śmiech.
– Ciociu, to przecież oczywiste, że skoro pytam ciebie, czy mogę zanocować u Emilki, to oznacza, że tylko ty i tatuś jeszcze nie wyraziliście zgody, a wszyscy inni tatusiowie i mamusie tak.
– Tak tak, no oczywiście masz rację słoneczko, ale wiesz też, że nawet gdybym bardzo chciała ci pozwolić na ten babski wieczór, to nie mogę sama podjąć tej decyzji. Ostatnie skrzypce należą do twojego taty.
– Echh…No ciociu, przecież właśnie dlatego najpierw przychodzę do ciebie. Ciebie tatuś bardziej posłucha niż mnie.

– Tym razem Lidce nie udało się nie roześmiać w głos.
– Ty mała spryciulo, ty już dobrze wiesz co oznacza szantaż emocjonalny.
– Nie, tego nie wiem, ale wiem, że bardzo kochasz mnie i tatusia i że ty pozwalasz mi na dużo więcej iż on, więc? Porozmawiasz z nim?
– Porozmawiam, ale teraz przecież jest w pracy, to nie bardzo mam jak.
– No właśnie, no to po prostu się zgódź, a potem mu to jakoś wytłumaczysz, tak jak to ty umiesz najlepiej.
– Na razie to idź coś pooglądać, albo w coś pograć, czy pobawić się, a ja się zastanowię co zrobić z tym faktem.
– Dobra, ale pamiętaj, wierzę w ciebie ciociuniu. Buziak.

– Gdy Kasia zniknęła na piętrze za drzwiami swojego pokoju, nagle w głowie Lidki zaczął się pojawiać chytry plan.
– A może by tak pozwolić małej na tą noc poza domem? Może warto spróbować pokazać Jakubowi, jak bardzo jest mu wdzięczna za okazywane wsparcie i miłość? Może już czas wyjść ze skorupy i pójść na całość?

– Kiedy głośne tak wybrzmiało w końcu w jej głowie, nie zwlekała ani chwili dłużej.
– Zgoda, możesz dzisiaj spędzić noc u Emilki, tylko najpierw muszę porozmawiać z jej mamą.

– Stwierdziła rzeczowo Lidka wchodząc do pokoju Kasi.
– Chórra! Chórrraaaaaa! Ciociu, jesteś mega! Jesteś najlepsza! Jesteś kochanaaa! Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej ciociuńki!
– Udusisz mnie maleńka! No już, już! Lepiej spakuj wszystko co będzie ci tam potrzebne, a ja skontaktuję się w tym czasie z mamą Emilki.

– Kiedy Kasia zabrała się do dzieła, a Lidka skonsultowała wszystko z mamą Emilki i odwiozła pasierbicę na babski wieczór, natychmiast zabrała się do wykonywania obmyślonego po cichu planu. Zrobiła potrzebne zakupy, żeby przygotować ulubione danie Kuby, czyli pierś z indyka faszerowana śliwkami, podawana z sałatką ze świeżych warzyw. Kupiła jego ulubione wino i świece. Żałowała tylko, że nie starczyło jej już czasu na wizytę w jakimś sklepie z ubraniami. Chętnie kupiłaby sobie coś wystrzałowego, żeby wyglądać jak najlepiej. Mogłaby też wyskoczyć do fryzjera i kosmetyczki, Kuba na pewno zauważyłby jej starania, a tym bardziej po kilku miesiącach bezwolnej apatii. Uwielbiał, kiedy stroiła się dla niego i zawsze robiło jej się ciepło na samą myśl, gdy zauważał jakąś niewielką zmianę w jej wyglądzie. Wróciła do domu, wysprzątała go, a potem zabrała się za przyrządzanie kolacji. Kiedy nafaszerowany i przyprawiony indyk siedział w piekarniku, zajęła się swoim wyglądem. Nawet bez pomocy fryzjerki i kosmetyczki, korzystając z własnej inwencji twórczej zrobiła się na bóstwo. Około godziny dziewiętnastej Jakub wrócił do domu, czego nie udałoby się nie usłyszeć.
– Jesteeem! Dziewczyny! Halo! Co tu taka cisza? Mmmmmm! Ale coś wspaniale pachnie! No i to chyba pachnie jakoś znajomo!
– Cześć kochanie. Zupełnie nie rozumiem po co tak krzyczysz.

– Powiedziała wchodząc do przedpokoju i witając go promiennym uśmiechem, a także długim i namiętnym pocałunkiem.
– Oho? Takiego powitania to się nie spodziewałem, niemal zwaliło mnie z nóg. Jak ty pięknie wyglądasz i pachniesz. Mamy dzisiaj jakieś święto? O czymś zapomniałem tak?
– Nie, to ja sobie przypomniałam, że ostatnio trochę o tobie zapomniałam, a ty dzielnie czekasz, aż to zrobię, no więc…

– Znów go pocałowała i spojrzała w jego oczy. Oddałaby życie, by zawsze widzieć to szczęście i uśmiech, który zobaczyła i wiedziała, że praca, którą wykonała nie poszła na marne, trzeba było tylko iść dalej.
– Zapraszam cię na kolację.
– Na kolację? Ale…Ale ja…Jestem potwornie zmęczony, musiałbym wziąć kąpiel, przebrać się…No cóż…Ale tak pięknie wyglądasz, że nie mogę ci odmówić.
– To świetnie, bo nigdzie nie wychodzimy. Wykwintna kolacja czekać będzie w kuchni, a w tym czasie możesz się zrelaksować w wannie. Potowarzyszyłabym ci, ale już się wykąpałam.

– Mrugnęła zalotnie i cmoknęła jego czoło.
– Mhmmm…No skoro tak…To chyba muszę się dostosować, bo widzę, że twój plan na dzisiejszy wieczór jest już w całości obmyślony.
– Tak jest. Ja wszystko obmyśliłam i wszystkim będę sterowała, ty mi tylko nie przeszkadzaj.
– A gdzie jest moja córka?
– No już miałam nadzieję, że o to nie zapytasz. Nocuje dziś u swojej koleżanki. Tak tak tak, wszystko sprawdziłam, zadzwoniłam do mamy tej koleżanki, będą tam jeszcze dwie inne dziewczynki i ani słowa. Do wanny, to ma być nasz wieczór, jasne?
– Nooo pani Chowaniec…Grabi sobie pani, nie pytać o zdanie w takich istotnych sprawach mnie? Ojca?

– Powiedział zniżonym głosem i przejechał ustami po jej karku.
– Ani słowa powiedziałam.

– Popchnęła go w stronę łazienki i wróciła do kuchni, by dokończyć przygotowania. Dalsza część wieczoru również odbyła się według jej zamysłu. Jedli gawędząc wesoło, wspominając różne, piękne chwile, planując kolejne aż do momentu, kiedy wino sprawiło, że postanowili zatańczyć. Kiedy ich ciała zwarły się w tańcu, nie trzeba było czekać długo, aby sprawy przybrały najbardziej oczekiwany przez obojga obrót. Ubrania spadały z nich z kosmiczną prędkością, a pocałunki wymieniane jedne za drugim sprawiały, że ledwo mogli oddychać. Sprawy potoczyły się tak szybko, że za bezpieczną przystań do oddawania sobie wzajemnej miłości wystarczyła kanapa w salonie.
– Na…Na pewno tego…Chcesz? Jesteś…Pewna…Gotowa?
– Nie mów nic, bo się rozmyślę.

– Wysapała równie ciężko. Zdawało się, że plan powiódł się od a, do z. Jednak Lidka zapomniała przewidzieć najważniejszego, czyli: a co, jeżeli coś jednak pójdzie nie tak? Przerażenie, jakie odmalowało się na ich twarzach, kiedy usłyszeli przekręcanie klucza w zamku było godne uwiecznienia.
– Ka…Kasia…Jezus Maria!

– Szepnął Kuba próbując wyswobodzić się z miłosnego splotu ramion i ud.
– Ale…Ale…Ale jak to?
– Ciii! Musimy się natychmiast ubrać!

– Syknął przez zęby i w panice próbował znaleźć im jakieś okrycia.
– Cześć, musiałam wrócić do domu, bo okazało się, że…

– Kasia weszła do salonu w momencie, kiedy Kuba narzucił na nich pled leżący na fotelu obok. Pewnie niczego by się nie domyśliła, gdyby zdążył jakimś cudem ukryć części ich odzieży porozrzucanej po całym salonie.
– Uuuu…Aż tak wam gorąco?
– Może troszeczkę, no to jak to się stało, że jesteś w domu?
– Bo Emilka ma ospę. Jej mama zauważyła to dopiero przed chwilą. Amelka i Julka jeszcze jej nie przechodziły, a ja nie pamiętam, czy przechodziłam, czy nie, więc mama Emilki odwiozła nas do domu.
– Kochana, wspaniała ta mama Emilki.

– Powiedziała Lidka puszczając oczko do Kuby.
– Tak, szkoda tylko, że nie zadzwoniła, żeby zapytać, to mogłabyś zostać z Emilką, ponieważ ty miałaś ospę w wieku czterech lat.
– Dzwoniła, ale ani ty, ani ciocia Lidka nie odbieraliście domowego.
– No widzisz kochanie? Sami jesteśmy sobie winni.

– Skwitowała przejeżdżając schowaną pod kocem dłonią po jego udzie.
– Przykro mi, że wam przeszkodziłam w miłości, ale już idę do siebie. Możecie tu dalej się przytulać, czy co tam robicie bez ubrań.

– Uśmiechnęła się znacząco i mrugnęła, a za nim zdążyli o cokolwiek zapytać, już zniknęła na piętrze.
– Ten wieczór miał jeszcze szanse skończyć się dobrze.

– Stwierdził Kuba całując Lidkę.
– Tak, wiem, gdybyśmy odebrali telefon od mamy Emilki.
– Nie, rozwiązanie było prostsze. Włożyć klucz, po wewnętrznej stronie zamka.

– Oboje wybuchnęli takim niepohamowanym śmiechem, że Zula stanęła w progu i zaczęła się im podejrzliwie przyglądać.

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 28

– Ostatnia niedziela stycznia upływała Wiktorowi i Annie bardzo spokojnie w ich domowym zaciszu. Wiktor zbierał właśnie naczynia po zjedzonym obiedzie w rodzinnym gronie i wkładał je do zmywarki.
– Tak by mogło być zawsze. Tylko ty i ja, to poczucie bezpieczeństwa i spokoju, że wszystko jest na miejscu i wszyscy, których kocham.
– Uuuu, grubo doktorze Banach, grubo. Sentencja życia, domyślam się, że ma równie grube podłoże??
– A no ma, ma. Zośka ledwo zjadła obiad, a już gdzieś się wybiera.
– Kochanie, ale to chyba nie nowość? Dopóki nie zaczęła częściej rozmawiać z Gabrysiem jakoś zbytnio ci to nie przeszkadzało. Czyżbyś nie chciał dopuścić innego samca alfa do życia twojej córki bez pojedynku?

– Zaśmiała się klepiąc go delikatnie po plecach.
– Nabijasz się ze mnie, ale niestety chyba masz rację. Bardzo trudno mi zrozumieć, że moja córka oprócz ojca będzie potrzebowała jeszcze chłopaka i to nie jednego.

– Anna parsknęła śmiechem.
– Jak to nie jednego?
– No znaczy…Chciałem powiedzieć, że ten obecny na pewno nie będzie tym ostatnim i wiele wody upłynie i moich włosów osiwieje, nim znajdzie sobie tego jedynego, z którym będę musiał dzielić się opłatkiem co roku i nazywać go mężem mojej córki.
– Słońce, a czy ty się trochę nie zagalopowałeś? Gabryś nawet nie jest jeszcze obecnym chłopakiem Zosi. Po drugie skąd wiesz, że będzie musiała szukać tak długo, nim znajdzie tego jedynego? Na naszym przykładzie powinieneś wiedzieć, że to wcale tak nie wygląda.
– Wiem przecież…Wygłupiam się tylko. Słuchaj…Jest taka ładna pogoda, może wystawimy polcię w wózeczku na świeże powietrze? Niech pośpi na tarasie, sporo zjadła i zresztą to już jej pora do spania.
– A wiesz co? To świetny pomysł Wiktor, to ja się tym zajmę, a ty dokończ sprzątać tą kuchnię.

– Anna wstała i wyszła z kuchni kierując się na piętro. Wiktor obserwował pracę zmywarki zamyślony. Wiedział, że Anna ma rację i właściwie na tym kończyła się owa wiedza. W jego głowie ciągle pojawiały się te same pytania:
– Kiedy jego mała Zosia tak szybko dorosła? Kiedy zaczęła żyć własnym życiem? Kiedy zaczęła potrzebować u boku drugiego mężczyzny, który będzie ocierał łzy niepowodzeń, lub szczęścia, z którym będzie chciała dzielić się zmartwieniami i ciepłym uśmiechem?

– Nagle poczuł jak wiele w życiu stracił niemal zawsze stawiając pracę na pierwszym miejscu. Czas naprawdę nie stał w miejscu i wydawało się, że wiedzą to wszyscy ludzie na świecie, oprócz niego. Sam z siebie zdawał się nie mieć nawet świadomości, że jego córka jest już dorosłą kobietą. Przecież sam fakt miesiączkowania o tym nie świadczył, ani używanie perfum, czy robienie makijażu. Ten fakt dotarł do niego uderzając go z całej siły fakt dopiero wtedy, gdy zobaczył ją uśmiechniętą w karetce, obok nowego. Ukłucie zazdrości, które wtedy się pojawiło było bardzo bolesne i uświadomiło mu, że nie może z tym nic zrobić i że z pewnością będzie wracało.
– Już jestem.

– Powiedziała cicho Anna zjawiając się za jego plecami i dotykając delikatnie ramienia.
– Widzę, że proces intensywnego myślenia nadal trwa?
– A no…
– No i co tam wymyśliłeś?
– Tylko tyle, że na dorosłość nie ma rady i lekarstwa. Mam dorosłą córkę i z bólem w sercu powoli muszę się z tym pogodzić.
– Zgadzam się z tym w zupełności. Na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że powinieneś akceptować jej wybory życiowe tak, jak ona twoje.
– To znaczy?
– To znaczy, że ona przez długie lata swojego dzieciństwa akceptowała wszystko, co wybierałeś. Praca w dniu jej urodzin, święta, wielokrotne narażanie życia…Godziła się na to, bo wiedziała, że nie ma wyboru i nic z tym nie zrobi. Zapewne chętnie wiele razy powiedziałaby stanowcze nie i zrobiłaby wszystko, żeby to zmienić, ale wiedziała, że chociaż nie jeden raz to cholernie ją rani, ciebie uszczęśliwia praca, pomaganie innym i akceptowała to i wspierała cię jak umiała.
– Masz całkowitą rację kochanie. Miałem szczęście, że znalazłem taką mądrą żonę.
– Owszem, miałeś szczęście. Takie mądre to unikaty i znajdują się gdzieś na końcu świata, a wy mężczyźni jesteście tak leniwi, że mało który podejmuje tą długą wędrówkę, po tą piękną i mądrą, unikatową kobietę.

– Przytuliła go mocno całując usta i czoło.
– Muszę zaraz pójść nakarmić i wyczesać konie, pomożesz mi kochany? Już dość tego mędrkowania i filozofowania, trzeba trochę popracować nad istotami żywymi.
– Jasne, pomogę ci z przyjemnością. Słuchaj Aniu, skoro już tak szczerze sobie rozmawiamy to…Chciałbym ci w końcu opowiedzieć o tym, co tak właściwie było przyczyną wieloletniego konfliktu między mną, a Jarkiem. Czuję, że jestem na to gotowy, a jest to istotne o tyle, że łatwiej zrozumiesz moją skomplikowaną osobowość, którą tamte wydarzenia powodujące nasz konflikt ukształtowały. Chcę, żeby to była dla mnie forma terapii i oczyszczenia się dla samego siebie. Jeśli będzie trzeba, planuję skorzystać z pomocy kogoś profesjonalnego. W końcu mam sporo do przepracowania.
– Wiktor, naprawdę się cieszę, że doszedłeś aż do takiego etapu rozważań i cokolwiek powiesz, zrobisz…Nie będę cię oceniać. Będę cię tylko wspierać. Dziękuję ci, że w końcu się odważyłeś, a uwierz mi, wiem jakie to trudne. Zarówno czekać, aż ktoś się zdecyduje przed tobą wywnętrzyć, a w drugą stronę wcale nie jest łatwiej. No to zamieniam się w słuch, za nim się rozmyślisz, tylko przy tej okazji chodźmy do koni.

– Wyszli z domu, a Wiktor powoli, zdanie po zdaniu nakreślał jej to, o czym wiedzieli tylko on, jego brat i ich ojciec. Anna słuchała z coraz większym niedowierzaniem i przerażeniem chwilami mając wrażenie, jak by dopiero wreszcie go poznała. Wszystkie brakujące zapadki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca, a kiedy skończył łzy zraszały grzbiet jednego z jej ulubionych koni, którego wyczesywała.
– Jesteś…Jesteś…Moim super bohaterem…Najdzielniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek spotkałam i teraz przynajmniej mówię to nie odnosząc się do tego, jak wiele razy zaryzykowałeś życie podczas pracy, a do tego, jak odważnym człowiekiem trzeba być, żeby żyć z takim wielkim brzemieniem, z taką raną w sercu i mimo tego wszystkiego nieść pomoc innym. Wybaczyłeś mu…Wybaczyłeś bratu i tym chłopakom, którzy ci to zrobili. Jednak sądzę, że abyś poczuł się z tym naprawdę dobrze, ktoś powinien ci w tym pomóc. Psycholog, bardzo dobry psycholog. Poza tym jakaś część ciebie nie do końca akceptuje to, co zostało jeszcze po zeszłorocznym wypadku. Pomogę ci, dla mnie też będzie to dobre, jeśli poddam się takiej terapii.

– Padli sobie w objęcia pod jedną ze ścian sporej stajni. Tulili się tak mocno, jak by spotkali się po co najmniej dwudziestu latach rozłąki. Konie cicho rżały, jak by chciały pokazać swoje wzruszenie.
– Tylko razem damy radę, bo oboje musieliśmy przejść przez swoje piekła, żeby znaleźć wspólne niebo.

– Skwitował Wiktor całując żonę, a jeden z koni zarżał głośniej, jak by chciał im przypomnieć gdzie tak właściwie się znajdują.
– Racja. Zostawmy to raczej na wieczór.

– Skomentowała Anna popatrując w stronę konia.
– A co z tym naszym drugim ślubem? Trzeba coś począć, postanowić. Gdzie, kiedy, ile gości, jedzenie, kapela, sala…

– Zaczął Wiktor wstając.
– W końcu jestem ci to winien za tamten niezrealizowany ślub, który był już w całkiem niezłych planach, no tylko…Ten wypadek…
– Nie wracaj do tego. Pamiętaj, catharsis na każdym kroku. Najważniejsze jest tu, teraz i potem. Po kolacji opowiem ci o swoich planach.

– Kiedy wyszli ze stajni Wiktor zamarł z niemym krzykiem na ustach spoglądając w bliżej nieokreślonym kierunku.
– Co się stało kochanie?
– Nie ma jej, nie ma wózka!

– Powiedział drżącym głosem.
– Jak to? Jak to nie ma wózka? Był tam, na pewno go tam stawiałam. Przecież wiem gdzie stawiałaś wózek, bo zawsze ją tam zostawiamy! z moją córką, nie ma jeej!
– Faktycznie…

– Powiedziała podążając za wzrokiem męża.
– Wiktor. Uspokój się, przecież nie mogło jej się tu stać nic złego. Może po prostu mama zabrała ją do domu?
– Leć to sprawdzić, a ja obiegnę okolicę!

– Biegał po obejściu i wypatrywał wózka ze śpiącą córeczką.
– Polaaa! Polciaaaa! Córeczkooo! Gdzie jesteeeeś!

– Nawoływał i z trudem opanowywał łzy, które cisnęły mu się do oczu.
– Cholera jasnaaa! Kretyn ze mnie, przecież mi nie odpowieee!

– Wrzasnął sam do siebie coraz bardziej spanikowany.
– Nie ma jej w domu, mamy też nie. Zadzwoniłam do niej, bo myślałam, że po prostu wzięła małą na spacer, ale nie…

– Powiedziała równie zdenerwowana Anna doganiając Wiktora.
– Cholera jasna! Chciałem tylko, żeby się przewietrzyła, żeby łapała witaminę d od pierwszych promieni słonecznych! Przepraszam kochanie! Powinienem był wiedzieć, że to niebezpieczne zwłaszcza, że tak naprawdę nikogo tu nie znamy. Dopiero co się przeprowadziliśmy! Jezus Maria…Gdzie jest moje dziecko…Gdzie ona jest…Jeżeli ktoś jej coś zrobił…Ja sobie nigdy tego nie wybaczę. Anka! Anka! Ona za niedługo powinna zjeść, co jeśli to jakiś zwyrodnialec ją porwał, morderca! Pedofil!
– Zamknij się! Przestaaaań!

– Ryknęła potrząsając nim mocno.
– Nie wiemy co się stało, nie zakładajmy czarnych scenariuszy! Nie panikuj!
– Moja córka niedawno skończyła roczek! Nie zdążyliśmy go nawet wyprawić, sama sobie z wózkiem odjechałaaaa taaaak? Samaaaa?
– Wiktor opanuj się! Takie nerwy w niczym nie pomogą, poza tym za chwilę ogłuchnę! Wrzeszczysz mi prosto do ucha! Pomyślmy logicznie!
– Myślę logicznie! Cały czas nic innego nie robię! Jesteśmy tu nowi! Mamy dwa samochody, wyglądamy na bogatych! Ktoś porwał nam dziecko dla okupu! Pewnie nikt tu nas nie lubi, bo zajęliśmy mieszkanie staruszka, który miał tu poważanie.
– Nie wierzę, czy ty naprawdę tak myślisz, czy może chcesz rozluźnić atmosferę! Za dużo książek się naczytałeś, albo za dużo filmów na oglądałeś. Kto miałby tu porwać Polcię. Przecież mieszkają tu sami starsi ludzie, dorównujący wiekowi pana Stefana.
– Tak? Tak? Sprawdziłaś to? Bo ja nie. A nawet jeżeli, to to jest powód, dla którego nie mogliby porwać dziecka? Dla okupu? Albo żeby wyciąć jej nerkę?
– Nie wytrzymam za chwilę z tobą i będę musiała podać ci coś na uspokojenie człowieku!
– Idę dzwonić na policję! Nie mogę tak bezczynnie czekać.

– Anna westchnęła ciężko zrezygnowana.
– Najpierw obdzwońmy naszych przyjaciół. Kto może, niech wsiada w auto i pomoże nam jej poszukać. Wiktor, błagam!

– Wiktor potaknął głową i na drżących nogach poszli do domu, by dzwonić do swoich przyjaciół. Kiedy wykonali ostatni z możliwych telefonów z prośbą o pomoc, zegar głośno oznajmił godzinę dwudziestą.
– No i co? No i co? Nadal sądzisz, że nic się nie stało? Nawet nie wiemy ile czasu małej nie było już przed domem!

– Ryknął znowu Wiktor.
– Dzwonię na policję, rozumiesz to?
– Wyobraź sobie, że rozumiem, bo to także moja córka!

– Odkrzyknęła.

– Wiktor chwycił po raz kolejny w dłoń telefon. Tylko głośne trzaśnięcie drzwi wejściowych sprawiło, że w ostatniej chwili nie nacisnął zielonej słuchawki, która połączyłaby go z komendą policji w leśnej górze.
– Wiecie jak zimno się zrobiło? Poszłam z Polą do stacji. Gabryś kończył dyżur i chciałam dać mu książkę, którą ostatnio przeczytałam. Na szczęście była ciepło ubrana, bo poszliśmy z nią na mały spacer do parku.

– Stwierdziła raźno Zosia, wchodząc z roczną polą na rękach do kuchni. Anna i Wiktor na ten widok najpierw znieruchomieli nie dowierzając, a potem oboje jak na komendę rzucili się w ich stronę.
Pola natychmiast znalazła się najpierw w ramionach stęsknionej mamy, a potem najbardziej panikującego taty.
– Jeju, co wam się stało? Co jest grane?

– Wiktor otrząsnął się z pierwszego szoku i złapał córkę za ramiona.
– Czy ty wiesz co myśmy tu przeżyli dziewczyno? Wiesz?
– Ale tato…

– Zdezorientowana Zosia próbowała coś powiedzieć, jednak Wiktor cedził słowa przez zęby niczym lew gotujący się do rozszarpania ofiary.
– Powinnaś nam powiedzieć, że wychodzisz z domu z Polą. Myśleliśmy, że coś złego jej się stało, że ktoś ją porwał.
– Niby kto! Ten starszy pan Walery, co mieszka przy lesie? Albo te starsze siostry, co mają pszczele barcie?
– Posłuchaj mnie do jasnej cholery! Zostawiamy dziecko na zewnątrz, po czym za jakiś czas okazuje się, że go nie ma. Co mamy sobie pomyśleć? Uwierz mi, że ostatnią rzeczą, która by nam przyszła do głowy to to, że zabrałaś siostrę na spacer! Tyle się teraz tego słyszy w telewizji!
– Wiktor, daj jej już spokój! Mówiłam ci, że nic złego nie mogło się stać!

– Zosia odsunęła się na bezpieczną odległość od Wiktora i spuściła wzrok.
– Przepraszam no…Myślałam, że to oczywiste, ale jak tak mówisz to…Faktycznie, powinnam wam powiedzieć. Sama bym pomyślała, że zniknęła będąc na waszym miejscu, tylko się już nie denerwujcie. Jeszcze raz przepraszam.

– Wiktor przytulił córkę i w tym samym momencie poczuł, jak całe napięcie z niego uchodzi.
– Nie ma co się nad tym dalej rozwodzić. Wykąpcie małą, ja przygotuję kolację. Całe szczęście, że to wszystko się dobrze skończyło.

– Zakomenderowała Anna przytulając się do Zosi i Wiktora.
– Oj tato, jeżeli ty już teraz myślisz, że ktoś ci porwał córkę, bo na parę godzin zniknęła ci z oczu, to jak będzie starsza i takie incydenty będą się powtarzały to nie pomyśl sobie, że porwali ją cyganie, żeby wydać ją za mąż, dobrze?

– Zachichotała Zosia.
– Ty ty ty! Nie mądrz się tak lepiej i nie nabijaj ze starego ojca. Lepiej dzwoń do wszystkich ze stacji i odwołaj akcję poszukiwawczą.
– Coo? Żartujesz? Postawiłeś wszystkich na nogi? Jesteś niemożliwy.
– Tak, gdyby nie ja, to postawiłby całą policję i całe miasto na nogi. Na szczęście miałam trochę więcej oleju w głowie.
– Wiecie co? Wiecie co? Nie lubię was!

– Zażartował i wraz z Zosią przystąpili do wykonania wcześniejszego polecenia Anny

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

rozdział 27

– Majeczko, a co powiesz na Jaś i Małgosia?

– Pytał Artur siedząc w bujanym fotelu obok żony, która zdawała się być całkiem obojętna na propozycje imion dla bliźniąt.

– Albo wiesz co? Wiesz co wiesz co? Nie nie nie, Jaś i Małgosia to na pewno bardzo popularne imiona dla bliźniąt. Każda parka dwu, lub jednojajowych takie dostaje.

– Kochanie, nie przesadzasz? Jeszcze jest sporo czasu na takie rzeczy jak wybieranie imion. Lepiej nie robić tego zawczasu.

– Tak? A to niby dlaczego?

– Bo to może przynieść pecha. Tak samo jak kupno łóżeczka, albo wózka przed porodem.

– Nie…No nie wierzę…Ty wierzysz w takie bujdy? Ty? Moja rozsądna i poukładana żona?

– Wierzę, nie wierzę, coś w tym musi być, skoro tyle kobiet w ciąży stosuje się do tego i wielu innych guseł.

– Wierzyła baba w gusła, aż jej dupa…Uschła.

– Dodał nie zdążając się pohamować.

– No to może…Oooo! Wiem! Majeczka, a co sądzisz o Tristanie i Izoldzie?

– Tak i co jeszcze, może Romeo i Julia? Powiedziałam ci daj sobie z tym spokój na razie.

– A co ty tam właściwie robisz tyle czasu na tym laptopie co? Prawie w ogóle mnie nie słuchasz. Rodzicami będziemy już za niedługo.

– Cztery miesiące to jeszcze kawał czasu.

– Nie prawda. Ani się obejrzymy jak to zleci, poza tym wiesz, że w przypadku bliźniąt i w twoim przypadku….Znaczy chciałem powiedzieć…

– Tak, wiem. Przez to, że jeżdżę na wózku, mam parę chorób współistniejących, muszę być pod stałą kontrolą lekarzy poród odbędzie się wcześniej. No i co z tego? To nie powód, żebym żyła i planowała wszystko szybciej niż przeciętna, zdrowa kobieta.

– Może masz rację. Chodzi tylko o to, że ja tak bardzo nie mogę się doczekać, że planuje już wszystko za dwoje. Z radości, trochę z nudów.

– Z nudów? Kochanie, ty się nudzisz? To nie podobne do ciebie. Zauważyłam ostatnio, że mniej pracujesz, pomagasz mi więcej w domu i jestem pełna podziwu.

– A no właśnie, właśnie. Mniej pracuję, pomagam więcej, a to wszystko dlaczego? No dlaczego? Bo kocham cię Maju jak wariat, a o dzieciach marzyłem od kiedy pamiętam, więc trzeba stanąć na wysokości zadania i się starać. Ja wieeem co wszyscy o mnie myśleli, doskonale wiem…Że doktor Góra, chodzący kodeks karny będzie żył pracą nawet, kiedy dojdzie do powiększenia się rodziny taak? A tu proszę, Artur Góra konsekwentnie pracuje na to, by udowodnić, że nie praca zdobi człowieka, a rodzina.

– Szata kochanie.

– Co?

– Nic, mówię tylko, że według przysłowia to nie szata zdobi człowieka.

– Mało ważne, a przekaz ten sam. Echhh, żeby tak Strzelecki na ten przykład myślał tak samo jak ja, to może Martyna taka smutna by nie chodziła?

– Artuniu, nie przesadzasz? Przecież Piotr też świetnie radzi sobie jako mąż i ojciec. Ja wiem, że to co mówię pewnie nieco rysuje twoje ego i oczywiście cieszę się, że mam takiego wspaniałego męża, który wbrew temu, co wszyscy o nim sądzą pokazał, że nad życie zawodowe przedkłada jednak rodzinę. A co do smutku Martyny, no chyba jej się nie dziwisz? Ja sama nie wiem jak bym się czuła, gdybym się dowiedziała, że moje dziecko…

– Dooobrze już dooobrze…Wiem co mi zaraz powiesz.

– No to nie dramatyzuj Artuniu, nie dramatyzuj. Poza tym wydawało mi się, że z Martyną w ostatnim czasie jest sporo lepiej. Więcej się uśmiecha, rozmawia, może już zaakceptowała ten fakt?

– No może może. Przyjrzę się temu w najbliższym czasie. Co ty tam tak intensywnie stukasz w te klawisze. Stukasz i stukasz.

– Maja uśmiechnęła się szeroko.

– A co, zazdrosny jesteś?

– A może i jestem, o pana apostoła.

– Mateusza.

– Syknęła zaciskając usta.

– Dla mnie to pan apostoł. Wysoko się nosi, garniturek, krawacik, buty mu się świecą jak psu…

– Artur, o co ci przez cały czas chodzi. Jak będzie chodził w podartych spodniach, brudnych koszulkach to choć trochę go polubisz?

– Nie, bo podrywa mi żonę.

– Ciekawe którą, bo na pewno nie mnie.

– Nie? Jak na to, że jesteście sobie zupełnie obojętni to często o nim wspominasz.

– Ja? To ty zawsze do niego nawiązujesz ilekroć nie mówię ci o swoich planach. Zawsze podejrzewasz mnie, że akurat z nim piszę, wychodzę na kawę i tak dalej.

– Dziwisz mi się? Za nim się pojawił mówiliśmy sobie o wszystkim.

– Za nim się pojawił nie byłeś taki zazdrosny, a z wieloma mężczyznami miałam do czynienia. A jak już mowa o Mateuszu, zaprosił nas w piątek na kolację.

– Nas?

– Tak, nas. Ciebie, mnie i nasz brzuch.

– Spróbowała rozluźnić atmosferę.

– A po co mi to do szczęścia potrzebne?

– A po to kochanie, że bardzo się lubimy z Mateuszem. Jako nieliczni w chórze mamy ze sobą świetny kontakt, pomagamy sobie na próbach i koncertach. Można powiedzieć, że zaczyna należeć do kręgu moich dobrych znajomych, a jako mój mąż chcę, żebyś go szanował i akceptował.

– Cóż…Skoro tak…Spróbuję.

– Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. Kochany, a zarazem męczący jesteś z tą swoją zazdrością, ale ślubowałam ci miłość i wierność nawet po śmierci, więc postaram się to dzielnie znosić.

– A ja postaram się to jakoś ograniczać. Może masz rację, że popadam w jakąś skrajną paranoję. Zwłaszcza, że ty wcale o mnie taka zazdrosna nie jesteś. Nic zresztą dziwnego. Ja to już jestem…Stary i…Co ja właściwie mogę kobietom młodszym zaoferować.

– No no no! Tylko bez takich głodnych kawałków, jak by przyszła potrzeba, to swoją zazdrość też bym umiała okazać, bez obaw. Musimy się wybrać z Kluskiem i Kseną do behawiorysty.

– Tak. Też o tym myślałem. To grzeczne i ułożone psy, ale kiedy w domu pojawią się nasze maleństwa to może się okazać nieco inaczej.

– Powiedział gładząc okrągły brzuch żony jedną ręką, a drugą łeb Kseny, leżącej u stóp Maji.

– Może byśmy zamówili już cokolwiek. Znamy płeć dzieci. Chociaż ubranka…Proszę. Ostatnio oglądałem w internecie takie cudeńka. Pójdźmy na kompromis. Ja nie będę taki zazdrosny o apostoła…Yyyy to znaczy o Mateusza, a ty wraz ze mną wybierzesz trochę rzeczy dla maluchów.

– Maja westchnęła ciężko.

– No dobrze, zgadzam się, bo nie dasz mi spokoju. Poza tym kompromisy to fajna rzecz i może masz racje, że w gusła nie warto wierzyć.

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 26

– Niech to szlak! Zdążyłem? Jest już Banach?

– Zapytał gorączkowo Nowy wpadając do pokoju socjalnego.
– Jest. Poszedł wypić kawę, a co tym razem ci się przydarzyło?

– Odpowiedział spokojnie Piotrek.
– A daj spokój. Ja naprawdę chyba urodziłem się ze znamieniem pecha na karku.
– Taa? Pokaż.

– Uśmiechnął się strzelecki.
– Słuchaj, jak wsiadałem do tramwaju to okazało się, że zapomniałem kupić bilet. No wiesz, obudziłem się dzisiaj tak późno, że już bez pośpiechu byłem spóźniony. No wiesz, wyczaiłem wczoraj w necie nową gierkę i tak się wciągnąłem, że całą nockę wbijałem nowe levele…No i w tym tramwaju akurat dzisiaj musieli sprawdzać bilety noo? A tyle razy jeżdżę, mam bilet i nic…
– No powiem ci Nowy, faktycznie. Dziura budżetowa to przy twoich problemach najmniejsze zmartwienie.
– Mi tam wcale nie do śmiechu.

– Zaczął i już chciał kontynuować, kiedy za oknem usłyszeli cienki, dziewczęcy pisk.
– Co jest, słyszałeś to?
– No, słyszałem, najwidoczniej nie tylko ty masz pecha. Jakaś młoda kobitka też go ma, chociaż może nie do końca, skoro dzieje jej się jakaś krzywda pod naszą stacją. Idź sprawdź, ja już mam żonę, a tobie może to spotkanie na dobre wyjdzie.
– Ha ha ha…Zabawny jesteś, serio. Dobra, to idę.
– Aaaa jednak, przekonałem coo?
– Strzelecki roześmiał się wesoło, a Nowy wyszedł szybko przed stację i rozejrzał się wkoło. Na parkingu dla karetek zobaczył jakąś skuloną postać, która usiłowała wstać. Natychmiast ruszył w jej stronę.
– Halo! Coś się pani stało?
– Nie…Nie wiem…Chociaż chyba tak, nie mogę wstać. Mam strasznie śliskie buty i upadłam, o tutaj.
– Nie wie pani, że dobre buty o tej porze roku to podstawa? Co rusz mamy wezwania do takich nierozważnych ludzi, jak pani.
– To pan tu pracuje? Mój tata też, właśnie do niego szłam, bo zapomniał jak zwykle kanapek. Jego żona przechrzciłaby mnie, gdyby nic nie zjadł przez cały dzień dyżuru.
– Pani tata tu pracuje? Znaczy…

– Mina nowego była bezcenna. Kiedy odpowiednie zapadki w jego głowie wskoczyły na swoje miejsce, od razu domyślił się, że musi to być córka Wiktora.
– Znaczy…Ty jesteś Zosia Banach, tak?
– No tak…To nie było trudne, tu nikt inny nie ma córki w moim wieku.

– Stwierdziła próbując wstać i jęknęła z bólu.
– No tak…Może ja obejrzę tą nogę, dobrze? Dzisiaj jeżdżę z Banachem…Znaczy z Wiktorem…Znaczy…Co ja gadam…Z doktorem Banachem. Prześwięciłby mnie wiedząc, że zostawiłem jego córkę bez pomocy.
– No dobrze, w końcu pan też jest ratownikiem. Może to i lepiej, że pan to zrobi, ojciec na pewno zaraz chciałby mnie położyć w szpitalu, a ja przecież za kilka dni wracam na studia.
– Ooo, naprawdę? A co pani studiuje?

– Dociekał pomagając jej wstać i prowadząc do karetki.
– Jeśli chodzi o studia to…Aaaa…To trochę skomplikowana sprawa w moim przypadku…Aaaa…
– Jeszcze chwilka. To co z tymi studiami?
– Na początku chciałam studiować astronomię, bo to zawsze mnie pasjonowało, potem przez jakiś czas myślałam o medycynie, co nie jest trudne kiedy ma się ojca lekarza, którego wszyscy w pracy uważają niemal za super bohatera. No, a skończyło się na tym, że jestem na pierwszym roku psychologii i tu chyba naprawdę się odnajduję.
– To świetnie. Najważniejsze jest to, żeby w życiu robić to, co się naprawdę lubi. A co do pani nogi, ma pani skręcony staw skokowy. Na szczęście nie wygląda to poważnie, opuchlizna jest nieduża i szybko zejdzie. Niech pani nie przemęcza nogi, może też pani sobie robić zimne okłady, żeby zmniejszyć opuchliznę.
– Jasne…Dzięki…Ehh, mnie to zawsze musi się coś przytrafić.
– Serio? To tak jak mnie. Ciągle mam pecha, w pracy i poza nią, na przykład dzisiaj nie miałem biletu jadąc tramwajem, a akurat sprawdzali.
– No i co, dostał pan mandat?
– Na szczęście nie. Kierowca mnie wybronił. Zna mnie, bo często jeżdżę tą linią do pracy i zawsze kasuję bilet.

– Roześmieli się oboje, a Nowy cały czas z fascynacją przyglądał się Zosi.
– To aż dziwne, że tyle tu pracuję, a my nigdy się nie spotkaliśmy, a zapewne nie pierwszy raz przychodzi pani tu, by przynieść ojcu kanapki czy…Czy co tam, co nie?
– Też mnie to dziwi, ale widocznie musiał nadejść taki dzień. A jak pan ma na imię?
– O proszę, wie pani, że jest pierwszą osobą, która mnie o to zapytała od kąt tu pracuję?
– Jak to?
– Zwyczajnie. Przedstawiam się zawsze jako Nowy, bo bardzo nie lubię swojego imienia i nikt tego do tej pory nie kwestionował.
– No to co z tym imieniem?
– Gabriel, miło mi.

– Wyciągnął do niej dłoń w momencie, gdy drzwi karetki rozsunęły się gwałtownie i młodzi odwrócili głowy w tamtym kierunku.
– Zośka? Nowy? A co wy tu robicie? Młody młody, ty mi córki nie podrywaj. Wołamy cię z Piotrkiem przez radio, a ty pogaduszki tu sobie z moją córką urządzasz. Wezwanie mamy.
– Przepraszam doktorze, ale Zosia…
– Tato, to nie jego wina. Szłam, żeby zanieść ci kanapki, Ania mówiła, że zapomniałeś wziąć.
– Tak? No to czemu nie doszłaś z tymi kanapkami do stacji?
– A ty co, zazdrosny jesteś? Było ślisko i upadłam, skręciłam staw skokowy. Gabryś był tak dobry i…
– Gabryś? No proszę, nikt inny nie znał twojego imienia…

– Wiktor spojrzał groźnie na Nowego.
– Doktorze, da im pan spokój. To trochę moja wina, sam wysłałem Nowego, żeby zobaczył co się stało. No rozmawialiśmy sobie i usłyszeliśmy krzyk…
– Co to, przesłuchanie? Podobno mieliście wezwanie.

– Przerwała Piotrkowi Zosia.
– Do zobaczenia Gabryś.
– Słucham?

– Zapytał Wiktor, gdy córka powoli gramoliła się na zewnątrz.
– To chyba nie było do ciebie tato. Paaa! Kanapki położyłam z tyłu.

– Odpowiedziała pierworodna patrząc figlarnie na ojca i powoli się oddalając. Wiktor westchnął ciężko.
– No tak to już jest doktorze. Dzieci się rodzą, wychowujemy je od maleńkiego, a potem ani się rodzic obejrzy, a już nie ma nic do gadania.
– Piotreek, Piotreek, a od kiedy ty takim specjalistą w tej dziedzinie jesteś co? Z tego co mi
wiadomo, twój syn jest jeszcze mały, a drugie dzieciątko jeszcze się nie narodziło..
– To nie trzeba być specjalistą doktorze. Tak po prostu już jest w tym życiu, a nam rodzicom pozostaje tylko to zaakceptować.
– Ty, filozoof, filozoof, siadaj za kółko i kręć. Chrzanowa osiem. Środowiskowy dom samopomocy.
– Oho? No i co tam się stało?
– Jeden z podopiecznych miał nieprzyjemne spotkanie z siekierą, także szybciutko panowie, szybciutko.
– No to pięknie…

– Westchnął Piotr i ruszył szybko, gdy cała trójka usadowiła się w ambulansie. Na miejscu zdarzenia, jeden z pracowników czekał już na ekipę pogotowia ratunkowego.
– Dobrze, że jesteście. Jezus Maria, co tak długo?
– Jesteśmy tu zaledwie dziesięć minut po tym, jak wezwanie do nas napłynęło. Gdzie poszkodowany?

– Odezwał się Wiktor.
– W szopie. Miał mi pomóc w układaniu drewna na opał do kominka. Ja rąbałem drzewo, a on miał układać, ale zadzwoniła mi komórka, chwila nieuwagi i, Jacek wziął siekierę, ale zamiast trafić w kawał drzewa, ciachnął się w rękę.
– Proszę pana, o ile mi wiadomo, na terenie tej placówki znajdują się między innymi osoby niepełnosprawne intelektualnie, zgadza się?
– Zgadza się, ale…
– A to oznacza drogi panie, że nie powinien pan zapewne dopuścić do tego, by takie osoby miały kontakt z takimi przedmiotami jak siekiera, zgadza się?

– Dopytywał Wiktor, kiedy mężczyzna prowadził ich do poszkodowanego.
– No tak, ale panie…Akurat on jest nie bardzo chory na głowę…Tak umiarkowanie, a poza tym miałem go cały czas na oku, przysięgam! Oni muszą się angażować w pomoc przy drobnych pracach domowych, inaczej to…
– Drobnych pracach domowych tak?

– Skwitował Wiktor wchodząc w słowo.
– Panowie! Ja nigdy czegoś takiego nie widziałem!
– Domyślam się proszę pana, nie codziennie można coś takiego zaobserwować, chyba, że w horrorach na przykład.
– Nieee! Źle mnie panowie zrozumieli, ja…Nie widziałem nigdy w życiu tyle krwi, byłem przerażony, nie wiedziałem co zrobić. Dyspozytorka poradziła mi, żebym spróbował tamować krwawienie do przyjazdu pogotowia.

– tłumaczył mężczyzna prowadząc ratowników do szopy.
– Uuuuuuuuu! Cholera jasnaaa!

– Jęknął Wiktor spoglądając na kałużę krwi na podłodze.
– Cześć chłopaku, jesteśmy z pogotowia. Jak się nazywasz?
– Jacek Gałązka proszę pana.

– Odpowiedział słabym głosem.
– Parametry chłopaki, opatrunki uciskowe! Szybko, ta rana nie wygląda dobrze, cudem sobie tej ręki nie odrąbał. Trzy miligramy morfiny dożylnie, ruchy ruchy!

– Piotrek z Nowym od razu wykonali polecenie.
– Nie śpij Jacek! Nie śpij! Co ci strzeliło do głowy, żeby wziąć tą siekierę do ręki co? Patrz na mnie! Popatrz na mnie!
– Ma pan ładną bródkę…

– Wymamrotał chłopak.
– Tak? Podoba ci się? Moja żona zawsze goni mnie, żebym ją golił.
– Ja bardzo…Bardzo lubię bródki…Klepać bródki…Mogę pana poklepać po bródce?
– Dobra, masz to jak w banku, ale teraz leż, leż chłopaku i nie ruszaj się! Jak parametry?
– Ciśnienie sto na osiemdziesiąt i spada.

– Odrzekł nowy robiąc zastrzyk.
– Dobra! Nie ma czasu! Piotrek, lecisz po nosze, najlepiej na jednej nodze i do szpitala migiem! Powiadom blok operacyjny. Niech Falkowicz już czeka w gotowości, aaa no i będą potrzebowali sporo krwi.
– Pędzę doktorze.

– Piotrek oddalił się szybko, a Wiktor przez cały czas starał się utrzymać kontakt z poszkodowanym chłopakiem.
– Jacek, powiedz mi, czemu wziąłeś tą siekierę?
– Bo…Bo…Chciałem pomóc panu Arkowi w rąbaniu drewna na opał. Pan Arek ma taką fajną bródeczkę, okrąglutką…Chce mi się spać…
– Niee! Nie nie nie! Nie śpij! Nie śpij! Czemu tak bardzo lubisz brody, co? Nowak, uciskaj! Uciskaaaj! Nie puszczaj!
– Ciśnienie osiemdziesiąt na sześdziesiąt doktorze, krwawienie nie ustaje.
– Choleraa jasnaa! Za chwilę nam się zatrzyma…Odpłynął.

– Piotrek nadbiegł z noszami w momencie, kiedy Wiktor zmuszony był przystąpić do resuscytacji krążeniowo oddechowej.
– Jest! Wrócił!

– Krzyknął Nowy po kilku minutach.
– No widzisz? Jednak nie zawsze masz pecha.

– Stwierdził Piotr ostrożnie przekładając chłopaka na nosze.

– Panowie…Panowie ja…Ja naprawdę tego nie chciałem…Błagam, proszę! Nie zgłaszajcie tego nigdzie! Oni tu mają jak w niebie…My, my naprawdę dobrze się nimi zajmujemy, to…To pierwszy taki wypadek na terenie naszej placówki i…
– Niech pan teraz nie przeszkadza i nieutrudnia! Do karetki migiem!

– Zakomenderował Wiktor. Kiedy znaleźli się w szpitalu i oddali chorego w ręce lekarzy, wrócili na bazę. Nowy przysiadł obok Wiktora, który popijał wodę z plastikowego kubeczka.
– Doktorze…Ja…Przepraszam za to…To znaczy…No za to co było przed wezwaniem. Chciałem tylko pomóc Zosi i…Mam nadzieję, że nie stanę się teraz pańskim wrogiem. Nie jestem pańskim rywalem.
– Każdy potencjalny chłopak mojej córki będzie moim rywalem. Tatusiowie swoich córeczek tak już mają.
– Ale my…To znaczy…Chciałem powiedzieć, że między nami nic…
– Wiem Gabryś, wieem! Przecież sobie żartuję. Ale gdyby jednak miało być inaczej to…Jeżeli ją zawiedziesz, osobiście ukręcę ci głowę, jasne?
– Ma pan bardzo ładną i mądrą córkę. Chciałem jej tylko pomóc, ale dzięki za szczerość no i…Jasne oczywiście.

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 25

– Pewnej zimnej, styczniowej nocy Jakub Warner leżał w łóżku, obok śpiącej Lidki przekręcając się z boku na bok, gdyż sen za żadne skarby nie chciał go zmorzyć. Rozmyślał w ciszy o wydarzeniach ostatnich miesięcy, tygodni rozważając co by było, gdyby w pewnych sytuacjach postąpił inaczej i nie odpuścił. Czy doszłoby do tego wszystkiego? Czy relacja jego i Lidki uległaby rozpadowi na tak długi czas? Może gdyby postąpił inaczej, gdyby nie odpuszczał, gdyby zapewnił ją, najmocniej jak potrafił, że może mu ufać jak nikomu dotąd na świecie, nie przeszłaby przez kolejną gehennę. Przypomniał sobie ich wspólną wycieczkę do Zalesic i momenty, w których Lidka czuła się niepewnie podejrzewając, że ktoś ich śledzi..
– Kuba, widzisz ten samochód za nami?
Ten, to znaczy który? Bo jedzie ich conajmniej kilkadziesiąt.
? Nie wygłupiaj się. Mówię o tym białym audi.
? No widzę i co?
? Mam wrażenie, że ktoś nas śledzi.
? Niby kto? I po co?
? Nie wiem. Boję się, bo dziś rano miałam wrażenie, że ktoś był pod moim domem i patrzył w moje okna, a teraz wydawało mi się, że znowu widziałam te oczy. Oczy tego mężczyzny z audi. To ten sam, który patrzył rano w moje okna.
? A niby dlaczego ktoś miałby cię śledzić. Masz jakichś wrogów? Naraziłaś się komuś?
? Kuba, to długa historia. Nie chciałabym o tym mówić, z resztą może mi się tylko wydaje, ale jeśli nie, to?
? To co?
? Nic, nieważne. Niepotrzebnie ci o tym mówiłam. Pewnie jestem przewrażliwiona. Wszystko przez tą strzelaninę, której ofiarą była Morawska.
? Przestań kręcić, jeśli już zaczęłaś, to powiedz.
? Nie mogę. Mam zbyt wiele do stracenia. Moja przeszłość jest zbyt ciemna, abym ci mogła o niej opowiedzieć tak pod wpływem chwili strachu.
? Kusisz, kusisz i przyciągasz, zamiast odpychać takimi słowami. Jesteś bardzo tajemnicza..

– Przypomniał sobie tą rozmowę z dokładnością co do słowa i uderzył pięścią w poduszkę.
– Jasna cholera. Ona czuła się naprawdę zagrożona, dała mi zresztą przecież wyraźne znaki, że ma do tego powody, że o czymś nie chce mi powiedzieć, a ja tak zwyczajnie, po prostu odpuściłem. Kusisz, zamiast odpychać!

– Zganił się w myślach i prychnął głośno. Rozjuszony wspomnieniami nie mógł już całkowicie znaleźć sobie miejsca w łóżku, więc postanowił wstać. Ostrożnie wysunął się spod kołdry, nie chcąc budzić ukochanej i wyszedł z sypialni zamykając drzwi najciszej jak potrafił. Od czasu, gdy Lidka powiedziała mu o wszystkim, niemal się nie rozstawali. Wspierał ją na każdym kroku i był gotów w każdej chwili rzucić wszystko, czym się zajmował, gdyby tylko Lidka zadzwoniła i dała mu znać, że go potrzebuje, że czuje się zagrożona i jest gotowa coś sobie zrobić. Razem przebrnęli przez wszystkie rozprawy, które Bogu dzięki nastąpiły jedna po drugiej. Jakub wynajął najlepszego adwokata w całej Warszawie. Lidka protestowała mówiąc, że nie może pozwolić, aby przez jej głupotę i strach Kuba płacił horrendalne sumy pieniędzy, by bronił jej najlepszy człowiek w całej Warszawie. Jednak tym razem Jakub pozostał nieugięty i mecenas Michał Baciarek profesjonalnie podszedł do sprawy obrony Lidii Chowaniec. Zarówno Kuba jak i Lidka byli zadowoleni z wyroku sądu. Lidia nie mogła wykonywać zawodu ratownika medycznego przez trzy najbliższe lata. Dzięki mecenasowi Baciarkowi, który udowodnił w prosty sposób, że Lidia została zmuszona do tego, by wykradać opiaty, na dowód okazując przed sądem wykaz wiadomości sms, które Lidka otrzymywała od czasu do czasu od Daro, oraz kompromitujące zdjęcia i filmiki Lidki, którymi była szantażowana. Dzięki temu, w porozumieniu z szefem stacji Arturem Górą, Lidia mogła zacząć swój nowy, nieco mniej angażujący rozdział życia zawodowego, czyli pracę w dyspozytorni pogotowia ratunkowego. Kuba wiedział, że jest za to wdzięczna losowi i wszystkim tym, którzy się do tego przyczynili. Nie śmiała marudzić, wybrzydzać, przyjęła takie rozwiązanie, niczym ósmy cud świata. Wciąż była zalękniona, miewała problemy ze snem i czasem zdawało jej się, że Daro nadal jest w pobliżu i czyha na to, aż samotnie wyjdzie z domu na zakupy. Lidka nie przypominała już siebie, tylko zalękniony cień kobiety, którą wszyscy mieli za wyszczekaną i bardzo odważną. Zrywała się często w nocy zlana zimnym potem, lub niemym wrzaskiem na ustach, dlatego nie była już gościem w domu Warnera, była jego mieszkańcem. Zabrała wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i wprowadziła się do domu Kuby i Kasi. Jakub obiecał sobie, że niebawem namówi Lidkę do tego, by przeniosła się całkowicie i na stałe, a nie do czasu, kiedy traumatyczne wydarzenia minionych miesięcy w końcu zaczną blednąć. Chodził po domu rozmyślając o tym wszystkim. Kiedy znalazł się w salonie usiadł na kanapie, a jego ręka natrafiła na jakiś przedmiot. Chwycił go i uświadomił sobie nie zapalając nawet światła, że trzyma w ręce jakiś zeszyt. W pierwszej chwili pomyślał, że zostawiła go Kasia, która uwielbiała czytać, bądź uzupełniać swoje notatki siedząc na wygodnej kanapie w salonie. Kuba wiele razy złościł się na nią mówiąc, że od takich rzeczy ma biurko w swoim pokoju i że mebel ten nie został kupiony po to, by stał kurząc się niemiłosiernie. Jednak słowa te przynosiły mały rezultat i Kuba z uśmiechem na twarzy zapalił światło w salonie i otworzył zeszyt na pierwszej stronie, by przejrzeć notatki pierworodnej córki. To, co przeczytał zaszokowało go już po pierwszych kilku zdaniach i z lotnością błyskawicy dotarło do niego, że bynajmniej nie był to zeszyt córki pozostawiony przypadkiem, a pamiętnik Lidki. Kiedy na chwilę przestał czytać pomyślał, że nie powinien był tego robić. Być może pamiętnik został na kanapie przypadkowo, może Lidka o tym nie wiedziała. Pamiętnik to bądź co bądź rzecz najbardziej intymna, skrywana przed światem. Jednak ciekawość wzięła w nim górę po całej linii i już nie było mowy o tym, by się powstrzymał.

– Pierwszy raz. Jak to pięknie brzmi. Ciekawe, czemu tylko brzmi? Czemu nie odczułam tego tak wspaniale, jak to pięknie brzmi, jak opisują wszystkie romansidła, które czytywałyśmy wieczorami, gdy byłam jeszcze w liceum mamo. Nie sądziłam, że mój pierwszy raz, o którym tak barwnie mi opowiadałaś, o którym czytałam w tych wszystkich książkach o miłości z wypiekami na twarzy, stanie się przyczyną mojego dzisiejszego i za razem największego upokorzenia. Zgodziłam się na tą pracę tylko i wyłącznie dlatego, że chcę, żebyś przeżyła mamusiu. Najwidoczniej poszłam tam z głową pełną dziewczęcych rojeń i marzeń. Myślałam, że jeśli robi się to bez miłości, to będzie tak samo pięknie, jak gdybym kochała każdego z tych, którzy obrzucają mnie lubieżnymi spojrzeniami, dotykają bez skrępowania moich piersi i pośladków, tymczasem ani ty, ani te wszystkie cholerne romansidła nie zająknęliście się o tym, że tak różowo i kolorowo chyba tylko bywa…Na papierze. Kiedy weszłam do pokoju, w którym miałam obsłużyć mojego pierwszego klienta byłam nieco poddenerwowana. Weszłam pod prysznic marząc o tym, że kiedy opuszczę ten budynek, sama napiszę o tym pięknym, uskrzydlającym uczuciu, kiedy już stanę się prawdziwą kobietą po swoim pierwszym razie. Ubrałam się w piękną sukienkę i bieliznę, którą dostałam od Daro. Twierdził, że mężczyzna, z którym miałam zrobić to po raz pierwszy będzie ukontentowany i że zapłacił bardzo dużo za dwie godziny z dziewicą, nowym nabytkiem tego przybytku, czyli ze mną. Wyobrażałam sobie, że otoczy mnie opieką, obdarzy mnie słowami otuchy i że powiem mu, dlaczego tak naprawdę tu jestem. Potem zrobimy to, co musimy i że będzie przyjemnie, mimo tego, że przecież się nie kochamy. Gdybym tylko wiedziała wtedy, jak bardzo się rozczaruje to…To może spróbowałabym uciec? Może nadal byłabym tą młodą dziewczyną, która w głowie wciąż ma zielono, która wierzy w ludzi i w to, że mimo największych przeszkód, jakie stawia przede mną życie…Poradzę sobie. Kiedy byłam już gotowa, przyszła po mnie jedna z nas…Nas…Teraz, po tym czego dzisiaj doświadczyłam i czego będę doświadczać w następnych dniach, chyba mogę się nazywać jedną z nich. Poprowadziła mnie krętymi schodkami w dół, gdzie znajdowało się niewielkie pomieszczenie, oświetlone ostrymi jarzeniowymi lampami. Pierwsze co przyszło mi wtedy na myśl to to, że to pomieszczenie jest na tyle małe, iż wystarczyłaby najzwyklejsza żarówka, po co takie ostre lampy? Tego nie wiem do teraz. Ta, która mnie przyprowadziła wymieniła z moim pierwszym klientem kilka zdań, które teraz dopiero do mnie docierają i zapamiętują się w mojej głowie już na zawsze…Niczym na twardym dysku w ko9mputerze. Z tą tylko różnicą, że dysk w mojej głowie najprawdopodobniej nigdy nie ulegnie uszkodzeniu.
– To jest Lidka. Dwie godziny.
– Świeżynka?
– Tak jak było umówione.

– Po chwili mężczyzna wstał i złapał mnie mocno za nadgarstek, drugą ręką schwycił mnie za podbródek i zmusił, bym na niego spojrzała. Może gdyby nie to, to nie zapamiętałabym tak bardzo jego paskudnych oczu, z których spozierało na mnie czyste zło. W tych oczach zobaczyłam jak najprawdopodobniej wygląda piekło. Był otyły, nieogolony i okropnie cuchnął potem.
– Nikt cię nigdy nie wygrzmocił ślicznotko?

– Zapytał, a ja przerażona pokręciłam przecząco głową.
– No to sprawdzimy, czy masz tam dziurkę od klucza, czy może garaż!

– Zarechotał tak głośno, że odruchowo skuliłam się w sobie i pożałowałam, że nie mam już odwrotu.
– Lubisz przedstawienia w teatrze?

– Zapytał jak gdyby nigdy nic, a ja zbita z tropu pokręciłam tym razem potakująco głową.
– Nooo! To świetnie! Urządzimy dzisiaj takie przedstawienie, jakiego nie widziałaś jeszcze nigdy w życiu maleńka! Wołaj tu Daro i paru innych. Ta mała chce mieć widownie, sama przyznała, że lubi przedstawienia.
– Zwrócił się do tej, która mnie przyprowadziła. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, szkoda tylko, że nie zapytał, czy wolę te przedstawienia oglądać, czy może raczej odgrywać w nich rolę pierwszoplanową. Po chwili moja, jak to określił widownia zjawiła się z zaciekawieniem przyglądając się mnie i jemu, a także próbując domyślić się, co tym razem wykombinował.
– Mała nie chce iść na górę. Woli teatr. No, więc chyba nie macie nic przeciwko, żebyśmy zrobili to tutaj? Na tym barze na przykład?

– Powiedział grubas i poczułam, jak po całym moim ciele rozeszły się nieprzyjemne ciarki sprawiając, że włoski na karku stanęły mi dęba.
– Ile ty masz wzrostu dziweczko?
– Znów zwrócił się do mnie, więc odpowiedziałam. Nie wiem, czy to jeszcze byłam ja, czy może zaprogramowana część mnie.
– 158 centymetrów.
– Czyli będę posuwał krasnalkaaa! Słyszycie? Bajka się odwróci, krasnalek i siedmiu królewiczów?

– Wszyscy mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem, a ja spuściłam wzrok czując, że w tej sekundzie raz na zawsze zabijam siebie, którą byłam jeszcze przed wejściem do tego budynku. Wszystko co działo się potem pamiętam chyba jak przez mgłę. Nie poznałam nawet imienia tego, który był moim pierwszym klientem. Nie wiedziałam nawet, czy moje drobne ciało nie ulegnie uszkodzeniu, gdy jego zwalista sylwetka mnie przykryje w dzikiej, sadystycznej żądzy. W duchu zaczęłam odmawiać wszystkie możliwe modlitwy, jakie w tamtej chwili przyszły mi do głowy, a on rozbierał mnie szybko, drąc w strzępy piękną sukienkę i bieliznę, którą dał mi Daro. Kiedy stałam przed nim zupełnie naga, patrzył na mnie lubieżnie, przesuwając językiem po wargach, mruczał niczym tygrys, gotujący się do skoku. Drżałam na całym ciele jak galareta i czułam jak nogi się pode mną uginają. Wtedy jednym, sprawnym ruchem posadził mnie na bar, zajął się moją kobiecością i piersiami. Widziałam, że niezwykle go to podnieca. Nie trwało to długo. Potem kazał mi zejść i uklęknąć na zimnej posadzce. Posłusznie wykonałam polecenie.
– A teraz wypnij do mnie ten zgrabny tyłeczek. Taka wrażliwa i piękna dziewczyna jak ty na pewno lubi pieski. Ja pokażę ci, że piesek to nie tylko najlepszy przyjaciel człowieka, ale także zajebista pozycja jak na pierwszy raz..

– Wychrypiał z podniecenia, a ja nie śmiałam się mu sprzeciwić. To, co działo się potem pamiętam z dokładnością co do sekundy. Kiedy on obdzierał mnie z mojego dziewictwa, brutalnie dotarło do mnie, że to naprawdę nie będzie tak, jak sobie to wyobrażałam. Mojego pierwszego miłosnego aktu, nie rozpoczną namiętne pocałunki obsypujące całe moje ciało, zachłanne, pożerające mnie niczym ogień drewnianą chatę. W białej pościeli, zasłanej płatkami czerwonych róż, a kiedy stanę się już gotowa na to, by stać się jego, do końca, będzie delikatny, niczym skrzydła motyla. Potem razem osiągniemy spełnienie i wyznamy sobie miłość, tuląc się wzajemnie i leżąc bez sił w tej białej pościeli, wśród płatków róż. Im większy czułam ból, im bardziej nie byłam już w stanie powstrzymać moich łez, zaciskając powieki wyobrażałam sobie, że jest właśnie tak, jak powinno być. Tak jak tego chciałam.
– Nie becz! Nie becz kurwa! Co! Nie podoba ci się? Nie podoba ci się??
– Wymierzył mi siarczysty policzek, złapał za włosy i trzymał mocno, a potem znieruchomiał nagle wydając przy tym dźwięk, którego nie zapomnę do końca życia.
– Skończyłem! A teraz wstawaj i umyj się, może ktoś inny będzie z ciebie bardziej zadowolony, skoro wyrobiłem mu już zamek do tej twojej twierdzy.

– Znów zarechotał, a ja z obolałym kroczem, czerwonym plackiem na twarzy pobiegłam z powrotem na górę potykając się co drugi stopień.

– Jakub nagle zatrzasnął zeszyt oddychając ciężko. Poczuł się tak, jak by obserwował to zdarzenie, jak by był jednym z mężczyzn, którym obleśny zboczeniec kazał patrzeć na pierwsze zbliżenie Lidki, ale nie może nic zrobić, bo ktoś związał mu ręce i nogi. W kącikach oczu zgromadziły się nieproszone łzy, a gdzieś w środku przemożna chęć zabicia wszystkich tych, którzy przyczynili się do krzywdy tej młodej dziewczyny, która kilka godzin po brutalnym pierwszym razie wróciła do domu i przeniosła to na pierwsze strony swojego pamiętnika. Wyszedł przed dom w samej piżamie i zapalił papierosa. Nie czuł zimna, wydawało mu się, że nie czuje już niczego poza żądzą zemsty.
– Kuba Jezus Maria! Co ty robisz w samej piżamie przed domem?
– Usłyszał nagle cichy głos Lidki, który mimo wszystko nie pozbawiony był troski.
– Skarbie, co się stało?
– Ja…Lidka przepraszam…Przepraszam, ja wiem, że nie powinienem, może mnie znienawidzisz.
– Hej! Kuba! Popatrz na mnie. Zgaś tego papierosa, słyszysz? Minus piętnaście stopni jest na dworze, wracamy do domu, co ci strzeliło do głowy!

– Lidka stanowczo wyjęła tlącego się papierosa z jego dłoni, a potem wyrzuciła go w śnieg, biorąc ukochanego pod rękę i prowadząc do domu.
– Co się stało, powiedz mi teraz na spokojnie.
– Przeczytałem fragment twojego pamiętnika. Myślałem, że to zeszyt Kasi został na kanapie i…

– Lidka spojrzała na niego z powagą.
– Fakt. Taką literaturę przetrwają tylko nieliczni.

– Uśmiechnęła się do niego ciepło.
– Przepraszam. Powinnam była go już dawno spalić, podrzeć…Niepotrzebnie z tym zwlekałam. Strach pomyśleć, co by było, gdyby przeczytała to Kasia.
– Nie rozumiem, nie jesteś na mnie zła?
– Zła? Nie Kubuś…Jeśli chcesz poznać mnie od tej strony, od której nie zna mnie nikt, przeczytaj to od deski do deski. Ja już nigdy słownie nie będę w stanie wrócić do tych wspomnień, opowiedzieć ci o tym mimo całej wdzięczności i miłości, którą do ciebie żywię. Po prostu nie dam rady, bo w którymś momencie to mnie zabije.
– Ja też nie dam rady. Wystarczy mi to co wiem, czego dowiedziałem się dzisiaj. Resztę spalę jutro w kominku, zgoda? Nigdy nie wrócimy już do tego rozdziału, a co do twojego pierwszego razu…Jeszcze będzie taki, jak sobie go wymarzyłaś.
– Wiem Kubuś. Po latach dojrzałam do tego, że pierwszy raz każdej kobiety, prawdziwy pierwszy raz jest wtedy, kiedy do zbliżenia dochodzi między dwojgiem, naprawdę kochających się ludzi. Wtedy może rzeczywiście jest tak, jak piszą w babskich powieścidłach. A teraz siadaj, zrobię ci herbaty z sokiem z malin, a potem wracamy do łóżka.

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 24

– Sylwestrowa noc w nowym domu Wiktora i Anny była zupełnie inna niż w setkach tysięcy innych domów na świecie. Dochodziła dwudziesta trzecia, kiedy cały, ogromny dom pogrążył się w sennej ciszy. Wiktor siedział zmęczony przed telewizorem, z ledwo napoczętą lampką szampana. Musiał przyznać, że tak spokojny sylwester marzył mu się od dawna. Nie pamiętał kiedy zdarzyło mu się być w domu przed północą. Zdecydował się na dwunastogodzinny dyżur od rana właśnie po to, by po północy znajdować się w ciepłych kapciach, w nowym domu z rodziną. Z doświadczenia wiedział, że po północy zaczną się wyjazdy do najgorszych, możliwych wypadków dotyczących sylwestrowych szaleństw z petardami. Zatopił się w myślach i próbował podsumować miniony rok. Doszedł do wniosku, że rok był dla całej rodziny ciężki. Zarówno pod względem pracy, jak i przeżyć emocjonalnych. Niemal poczuł fizyczny ciężar minionych miesięcy. Jedyna rzecz, która w tym momencie go pocieszała to fakt, że z przeprowadzką do nowego domu uwinęli się szybciej niż było to przewidywane na samym początku. Planowali z Anną wprowadzić się dopiero po nowym roku, jednak z ogromną pomocą przyjaciół i Jarka udało się to w dwa dni przed sylwestrem. Wiktor podejrzewał, że minie jeszcze sporo czasu, nim przyzwyczai się do nowych i dużo większych przestrzeni, a co za tym idzie, do większej ilości pracy z nimi związanej. Wyglądało na to, że przysłowie: „Starych drzew się nie przesadza”, sprawdzało się tylko wobec jego osoby. Nawet jego ojciec był wyraźnie zadowolony ze zmiany miejsca, co najbardziej dziwiło Wiktora. Przecież z poprzednim domem łączyło go z pewnością więcej wspomnień i większy sentyment niż kogokolwiek z racji, że to za jego przyczyną dom został zbudowany. Było jednak zupełnie inaczej, gdyż wraz z przeprowadzką, we Władysława wstąpiło zupełnie nowe życie. Z chęcią pozwalał się sadzać przed domem, by pooddychać świeżym, wiejskim powietrzem. Jak by tego było mało, okolica była mocno zalesiona, więc do tak głębokiej ciszy, przerywanej tylko dźwiękami wydawanymi przez różne zwierzęta, Wiktorowi trudno będzie się przyzwyczaić. Jego rozmyślania przerwał Jarek, który cicho wszedł do pokoju.
– Nie śpisz jeszcze?

– Zapytał patrząc na niego z troską w oczach.
– A no jakoś nie.

– Odparł Wiktor z westchnieniem.
– Co, nie możesz się przyzwyczaić do nowego?
– Chyba nie bardzo jak na razie, ale cieszę się, że mamie, Ani i tacie się to udało.
– Twoim córkom chyba też się tu podoba.
– Ooo tak. Zośka jest zachwycona wielką chatą.
– Dziwisz jej się? Nie każdy dostaje taki wielki dom w spadku, który nie wymaga remontu w dodatku, bo wygląda jak by był rodem z najświeższego katalogu mody mimo tego, że mieszkał tu jakiś staruszek.
– Czy się jej dziwie? Myślę po prostu innymi kategoriami niż wszyscy dzisiaj. Może na starość stałem się zbyt sentymentalny.
– Nie ma się co dziwić. W końcu obaj…Z ojcem…Sporo w naszym domu przeżyliśmy…

– Stwierdził niepewnie Jarek.
– Taaa.

– Skwitował krótko Wiktor.
– Przejdzie ci. Przecież stare kąty możesz odwiedzać kiedy tylko zechcesz. Wiem, że to brzmi jak zapewnienie pracodawcy na rozmowie kwalifikacyjnej: „Zadzwonimy do pana”, no w każdym razie tandetnie, ale…
– W porządku…Wiem co chcesz mi przekazać. Dzięki za taką możliwość.

– Uśmiechnęli się do siebie.
– Polcia chyba też czuje się tu jak w prawdziwym raju. Nie ma tyle mebli co w poprzednim domu, ma jeszcze więcej przestrzeni, żeby jeździć swoją formułą jeden.
– To już powoli się zmienia. Chodzik zajmuje ją tylko na chwilę. Teraz woli chodzić, kiedy trzyma się ją za rączki.

– Odpowiedział z uśmiechem Wiktor.
– Noo! To jeszcze lepiej. Do szaleńczych dziecięcych biegów miejsca tu nie brakuje.
– To prawda. Niebawem moja córka skończy rok. Boże! Kiedy to zleciało, a ile się przy tej okazji wydarzyło. Ja mam wrażenie, jak by minęło dziesięć lat.
– Nic dziwnego, bo bywało różnie, a zazwyczaj gorzej niż lepiej.
– Roczek Polci trzeba będzie wyprawić hucznie i zaprosić całą naszą stację.

– Odpowiedział Wiktor z uśmiechem.
– Jak tak rozmawiamy, to mam wrażenie, że nasze głosy niosą się po całym domu. Trzeba będzie zagospodarować trochę te przestrzenie, bo inaczej nie pozbędę się wrażenia, że muszę szeptać.

– Zaśmiali się wesoło przez dłuższy czas wpatrując się w telewizor, w którym co chwila inne gwiazdy prezentowały się na sylwestrowym koncercie.
– To chyba pierwszy raz, kiedy siedzimy tak we dwoje, wgapiamy się w telewizor i tak zwyczajnie rozmawiamy, nie?

– Odezwał się Jarek.
– Na to wygląda. Całkiem miło jest. Nalej sobie, niedługo północ, chociaż z tobą spełnię toast noworoczny.

– Wiktor wskazał na butelkę z szampanem.
– No dobra, skoro mnie tak namawiasz…
– Słuchaj Jarek…Skoro już tak siedzimy. Nie mogę oprzeć się pokusie, żeby cię nie zapytać…
– Tak? Wal śmiało.
– Gdzie ty tak właściwie byłeś przez te wszystkie lata, co? Co robiłeś?

– Jarek spuścił wzrok i sposępniał.
– Jeśli nie chcesz, to nie mów.
– Nie nie…Nawet cieszę się, że w końcu o to zapytałeś. Przecież sam o to kiedyś zabiegałem. Tylko nie wiem tak właściwie od czego zacząć.
– No najlepiej od początku..
– Wtedy, kiedy tak z dnia na dzień zdecydowałem się wyjechać to…To za namową kolegi.
– Znam go?
– Nie. Ja sam zbyt dobrze go nie znałem. Poznaliśmy się na jednej z nocnych imprez…Wiesz…Jakoś tak wyszło, że wymieniliśmy się numerami telefonów, bo powiedział mi, że załatwi mi dobrze płatną pracę za granicą. Kilka dni później zadzwonił i powiedział, że jeśli nadal jestem zainteresowany, to za kilka dni możemy obaj wyjechać do Monachium. Jego ojciec miał tam kawiarnie i potrzebował pracowników na gwałt.
– Przecież ty nigdy poliglotą nie byłeś, nie mówiąc już o tym, że choć jeden język mógłbyś znać porządnie. Jak ty sobie dałeś radę?
– Jakoś dałem. Na początku nie było łatwo wiesz…Dogadywałem się na migi, ledwo ich rozumiałem, z czasem zacząłem powoli rozumieć, nawet mówić i mimo wszystko byłem dobry w tym, co robiłem.
– Chyba nie można być złym w robieniu i podawaniu kawy?
– Fakt, ciężko, ale z moimi zdolnościami…Sam wiesz.
– Już sobie tak nie ujmuj, bo uwierzę, że jesteś świętszy od papieża. No i co było dalej? Wyjechałeś do Monachium w najgorszym, możliwym dla nas momencie, wiesz o tym?
– Wiem. Tata potrzebował stałej opieki, ty straciłeś Elę, Zosia była mała.
– A tobie niedaleko było wtedy do czterdziestki, skończyłeś cudem, ale skończyłeś rachunkowość i zarządzanie, więc powiedz mi, co cię podkusiło z tą kawiarnią? Czemu nigdy nam nie powiedziałeś dlaczego tak właściwie wyjeżdżasz?
– Bo wtedy uważałem się za kogoś, kto może więcej, niż ktokolwiek inny na planecie ziemia. Sądziłem, że wyjazd do Monachium i praca w kawiarni to będzie tylko etap przejściowy. Chciałem potem zaczepić się gdzieś, w jakimś dobrze opłacalnym biurze rachunkowym. Wiedziałem, że jestem dobry w te klocki, więc miałem całkiem realne szanse na to, żeby zarabiać więcej niż w Polsce. Chciałem nawet odezwać się czasem do was…Posyłać pieniądze, ale…
– Ale?

– Zapytał Wiktor.
– Ale było mi tak cholernie wstyd, że mimo tego wszystkiego, co przeze mnie przeszedłeś, ty pokazałeś jaja i okazałeś się prawdziwym twardzielem. Tyle problemów zwaliło ci się na głowę, ojciec, śmierć Eli, wychowanie Zosi…Wiktor, nie myśl, że się usprawiedliwiam. Ja po prostu…W głębi duszy, chociaż nigdy ci tego nie powiedziałem to…Bardzo cię podziwiałem. Zawsze byłeś dojrzalszy, rozsądniejszy, no rozumiesz…A ja odwaliłem taki numer i…Głupio mi było się do tego przyznać.
– Racja. Lepiej było nas zostawić, nie dać znaku życia i pozwolić myśleć, że na zawsze się nas wyparłeś.
– Nie martw się. Teraz wiem, że to było najgorsze co mogłem zrobić i dostałem za swoje.
– To znaczy?
– W tej kawiarni, w której pracowaliśmy, jakiś czas po moim zatrudnieniu przyszła nowa pracownica. Młoda, śliczna…Rezolutna…
– Jednym słowem chcesz powiedzieć, że niczego jej nie brakowało?
– Teraz widzę, że może jej niczego nie brakowało, ale mnie oleju w głowie na pewno. Pochodziła z bardzo zamożnej rodziny. Jak możesz się domyślać zakochaliśmy się w sobie i to nastąpiło bardzo szybko.
– Niezły donżuan z ciebie braciszku, romantyczna historia rodem z kart jakiejś powieści wiesz?
– Nabijasz się.
– Nie, skądże, tylko dziwnie słyszeć coś takiego znając cię z poprzedniego…No…Jak by to delikatnie powiedzieć…Wcielenia. Ty i miłość? A zresztą, czego szukała dziewczyna z zamożnej rodziny w kawiarni?
– Może niezależności? Samodzielności? Satysfakcji z zarabiania nawet małych pieniędzy, ale własnymi rękami?
– No może, no i co z tą pięknością.
– Linda i ja szybko się pobraliśmy.
– Linda? Ładne imię. To jesteś żonaty braciszku? Proszę proszę, kto by się spodziewał.
– Byłem. Rok po ślubie Linda zaszła w ciążę i urodziła mi syna.
– Wow! Braciszku, jeszcze kilka takich newsików i wypiję butelkę tego oto szampana do dna!

– Wiktor roześmiał się i poklepał brata po ramionach.
– Mój syn Adam urodził się z czterokończynowym porażeniem mózgowym.

– Wiktor spojrzał na brata z niedowierzaniem.
– Przykro mi stary.
– Sam rozumiesz Wiktor, że szczęście, które wcześniej nas otaczało rozprysło się jak bańka mydlana.
– A jesteś pewien, że to była miłość? Może ożeniłeś się z nią, z powodu jej majątku?
– Jakiego majątku, Wiktor. Przecież ona zrezygnowała ze wszystkich kontaktów z rodziną dla mnie, bo oni mnie nie akceptowali. Poza tym mówiłem ci, że zaczęła pracować w kawiarni właśnie po to, żeby poczuć się zwyczajnym człowiekiem, a nie wieczną arystokratką, która może mieć co chce i kiedy chce. Wiem, że trudno uwierzyć ci w to, że taki ktoś jak ja potrafi kochać, ale…
– No dobrze, w porządku. Kochaliście się, urodził się wam niepełnosprawny syn, to jak wytłumaczyć wasze rozstanie? Prawdziwa miłość przetrwa chyba wszystko, nie?
– To chyba tylko twoja i Anny, albo ta w książkach. Dobrze wiesz, że gdyby to tak działało jak mówisz, to ludzie by się nie rozstawali. Właśnie chore dziecko nas poróżniło. Linda zaraz po jego urodzeniu przestała się nim interesować, zaczęła imprezować, zrobiła się zupełnie inna niż wtedy, kiedy się poznaliśmy. Chciała wrócić do dawnego, beztroskiego trybu życia.
– A ty sam zajmowałeś się Adamem tak?
– Tak. Domyślasz się jak trudna jest opieka nad takim maluchem. Dwadzieścia cztery godziny na dobę to za mało jak dla jednego człowieka, który musi nieustannie kontrolować każdą czynność malucha. W dodatku rehabilitacja, lekarze, specjaliści, odpowiednie leki…Z jednej pensji w kawiarni zaczęło mi brakować na to wszystko, nie mówiąc już o normalnym życiu i funkcjonowaniu. Szukałem lepiej płatnej pracy, ale wtedy Linda zakomunikowała mi, że musimy się rozwieść, bo poznała kogoś. Okazało się, że to chłopak w jej wieku, ustawiony jeszcze lepiej niż jej rodzina…Kto by się nie skusił, mając do wyboru faceta po czterdziestce, słabo zarabiającego i dziecko przypominające roślinę.
– Wyjątkowo podła baba.

– Skomentował Wiktor.
– Nie stawałem jej na drodze, jednak nie sądziłem, że spróbuje mi odebrać prawa do Adasia.
– Jak to odebrać prawa? Przecież to ty sprawowałeś nad nim opiekę. Skoro go nie chciała, mogła ci oddać syna ze spokojem ducha i zacząć nowe życie.
– Mniej więcej tak jej to również tłumaczyłem. Jednak ona była innego zdania. Powiedziała, że sam zapewne nie zdołam go utrzymać. Pogodziła się z rodziną, zgodzili się umieścić Adasia w ośrodku i co miesiąc opłacali solennie jego pobyt tam, a Linda powiedziała mi, że teraz już nic i nikt nas nie wiąże i czuje się lepiej. Obawiała się, że jak Adaś zostanie ze mną, to w końcu postaram się, żeby płaciła mi alimenty. Mówiłem jej, że może być spokojna, że tak się nie stanie…Ale do niej ten argument nie trafiał. Takim o to sposobem pozbyła się męża i dziecka i zaczęła nowe życie. A ja przez pozostałe lata szukałem rozwiązań, jak odzyskać syna…Szukałem lepszej pracy, bo bez tego żaden sąd nie oddałby mi go pod wyłączną opiekę.
– Ale nie rozumiem, Jarek. Jak to możliwe? To można tam tak po prostu na wniosek matki po rozwodzie odebrać ojcu prawa rodzicielskie?
– Żaden problem Wiktor. Udowodniła, że nie podołam nad opieką małego finansowo, nie mam dobrych warunków mieszkaniowych. Dom, który wynajmowaliśmy wspólnie…Wszystko się zmieniło po rozwodzie, sam rozumiesz.
– Ile Adam teraz ma lat?
– Prawie jedenaście. Na szczęście mogę z nim rozmawiać przez telefon, chociaż z jego chorobą jest to bardzo trudne…Ale cały czas nie ustaję w walce o niego. Dzięki temu, że mam nasz dom pod opieką, może uda mi się go tu sprowadzić. Pomyślałem sobie, że skoro mam wasze wsparcie…Pewnie będziecie znali dobrych lekarzy, rehabilitantów…Poza tym, jak wiesz, udało mi się znaleźć tu ekstra pracę w księgowości…
– Wiem, wiem…

– Wiktor zamyślił się.
– Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci powodzenia bracie.

– Nie spostrzegli się, gdy na ekranie telewizora odbywało się już wielkie odliczanie.
– O cholera, zaraz przegapimy koniec roku!

– Wiktor dolał im do lampek szampana.
– Chodźmy przed dom, tu pewnie nikt nie strzela, ale przywiozłem sztuczne ognie. Obudzimy resztę?
– Pewnie! Nie mogą tego przegapić.

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 23

– W sylwestra Martyna i Piotr mieli dzień wolny od pracy. Rzadko tak się zdarzało, że ten dzień mogli spędzić we dwoje, gdyż w stacji w ten dzień rąk do pracy nie brakowało. Jednak Artur Góra postanowił być wspaniałomyślnym pracodawcą i pozwolić młodym nacieszyć się sobą ostatni raz w roku, zważając na ich trudną, życiową sytuację.
– No! Przekąski na nasz wspólny wieczór już gotowe! Pieczarki nafaszerowałem mięskiem mielonym, żółtym serem i posypałem słodką papryką w przyprawie.
– Utuczysz mnie za nim zdążę dojść do piątego miesiąca.

– Stwierdziła uśmiechając się lekko.
– No proszę, uśmiechnęłaś się. Dawno tego nie robiłaś, aż miło popatrzeć.
– Tak? A co ty mi tak słodzisz Piotruś?
– Ja? Słodzę? Co też ci przychodzi do głowy? Przecież mówię całą prawdę i tylko prawdę. Jak mam być szczery, to właśnie w tym twoim uśmiechu się zakochałem.
– Tak? A kiedyś mówiłeś, że w moich pięknych oczach. Plączesz się w zeznaniach mój mężu.

– Zaśmiała się całując go w czoło.
– No może trochę…W każdym razie, uśmiech i oczy to masz najpiękniejsze na całej planecie.
– Ależ ty się podlizujesz, aaaależ ty się podlizujesz. Lepiej od razu powiedz o co chodzi?
– O nic. Po prostu miło widzieć cię taką szczęśliwą, kochana żono!

– Pocałował ją.
– Zaraz przyjdę pomóc ci w kuchni, tylko chciałam jeszcze coś dokończyć czytać.

– Podeszła do biurka biorąc laptop i zagłębiła się w czytaniu kładąc komputer na kolanach.
– Jasne, a co tam czytasz?
– A ciekawe rzeczy Piotruś, ciekawe rzeczy.
– To może uchylisz rąbka tajemnicy?
– No dobrze, sam tego chciałeś, to posłuchaj: W okresie niemowlęcym dziecko niewidome nie wykonuje pewnych czynności, charakterystycznych dla dziecka widzącego np. nie przekręca główki, nie stara się uchwycić przedmiotu, pchnąć go, nie kieruje w jego stronę ręki. Brak u niego pobudzenia bodźcami świetlnymi. Aktywność ruchowa dziecka niewidomego też jest mniejsza. Później osiąga pozycję stojącą i siedzącą, z opóźnieniem zaczyna chodzić.
– Przeczytała na głos.
– Martynka. Czemu ty akurat dzisiaj kaskadujesz swój mózg takimi informacjami, co? Jest sylwester, mamy się bawić, to nasz dzień, ostatni i jedyny w roku, od niepamiętnych czasów, w którym jesteśmy razem, możemy wyluzować…
– Dla mnie jest to ważne Piotrek. Chcę się dowiedzieć wszystkiego o tym, czego mam się spodziewać jak maluszek przyjdzie na świat.

– Odpowiedziała spokojnie.
– Pokaż to.

– Odwrócił ku sobie ekran jej komputera.
– Kochanie. Nawet nie wiemy ile w tym prawdy. Po pierwsze to informacja z internetu, a wiemy oboje, że w wielu przypadkach internet jest najgorszym doradcą. A jeżeli to co jest tu napisane to prawda to i tak nic w naszym życiu nie zmienia. To wszystko z pewnością zależy od dziecka, a nie od statystyk. Będziemy się martwić, jak już maluszek przyjdzie na świat.
– To może ty. Ja zamierzam przygotować się na wszystko wcześniej. Już zaczęłam szukać forów dyskusyjnych, na których różni rodzice wymieniają się spostrzeżeniami, uwagami, lękami co do swoich nienarodzonych niewidomych pociech.
– Nieeee no…To jest paranoja jakaś, ty żartujesz sobie chyba. Powtarzam ci po raz nie wiem który, że urodzi się nam tylko niewidome dziecko, a nie kosmita! Do tego wystarczy intuicja i logiczne myślenie! A nie jakieś bzdury wypisywane na internetowych forach, czy jakieś mądre książki.
– To nie są bzdury! Ci ludzie piszą o prawdziwych zdarzeniach, emocjach, lękach, pomagają radzić sobie z tym innym rodzicom! Ty myślisz, że wszystko jest takie proste jak mówisz? Sama nie wiem, czy naprawdę tak myślisz, czy to tylko sposób ucieczki od problemu. Przecież z czasem będziemy potrzebowali pomocy specjalistów we wczesnym rozwoju naszego maleństwa. A pamiętasz jeszcze o tym, że ono będzie miało przynajmniej dwie operacje, włożą mu protezy! Pamiętasz o tym?

– Sarknęła.
– Nie wiem po co sugerujesz mi coś takiego, że uciekam od problemu, skoro dla mnie żadnego problemu nie ma! Jak dziecko się urodzi, to zrobię wszystko co najlepsze, żeby mu zapewnić warunki do prawidłowego rozwoju! Nie będę niczego czytał i z nikim rozmawiał.
– Dobrze, ale mnie nie możesz tego zabronić. Ja nie mam do ciebie pretensji o to, że chcesz sobie z tą sytuacją poradzić na swój sposób, więc i ty nie mów mi, co mam robić.
– W porządku. Więc powiedz mi, co jeszcze zamierzasz? Przeczytać wszystkie możliwe artykuły w internecie, wypowiedzi na forach, tak? Co jeszcze?
– Nie wiem. Może spotkam się z rodzicami innych dzieci, może poznam te dzieci, albo odwiedzę specjalistyczne ośrodki w Polsce i porozmawiam z nauczycielami…
– Piękny plan, szkoda tylko, że nie uwzględniłaś w nim mnie, Alana i pracy! Wyrobisz się z tymi założeniami do końca ciąży?
– Przestań! Czemu tak bardzo próbujesz mnie do tego zniechęcić? Prosiłam cię o coś! Nie wtrącaj się do moich metod radzenia sobie z tym wszystkim! Mieliśmy się dzisiaj nie kłócić, a sam prowokujesz takie nieporozumienia!
– Westchnął ciężko i zabrał się do dalszego czytania artykułu.
– Masz racje. Niepotrzebnie się wściekam. Przecież tak właściwie nikomu nie robisz krzywdy tym, że sobie poczytasz, że skontaktujesz się z tymi ludźmi.
– Właśnie, dobrze zauważyłeś. Nikomu nie robię tym krzywdy, sobie pomagam zrozumieć i zaakceptować to, z czym oboje będziemy musieli się zmierzyć.
– To co, może zażegnamy ten konflikt i pójdziemy do kuchni zrobić coś więcej na tą dzisiejszą szampańską zabawę?
– Jasne, przy okazji trzeba powoli przygotować mleko dla małego, bo zaraz się obudzi.

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 22

 – Lidka za namową Kuby zgodziła się pojechać na policję i złożyć stosowne zeznania. Być może pomógł jej fakt, że znajdowała się pod wpływem środków uspokajających, które Jakub jej zaaplikował. Proces składania zeznań trwał dość długo i Jakub w życiu nie powiedziałby, że ta silna i dzielna dziewczyna jest w stanie wylać tyle łez za jednym razem. Podczas składania zeznań Lidka opowiedziała o tym, że była szantażowana, przymuszana do kradzieży morfiny, pod groźbą utraty życia, oraz ujawnienia światu filmików i zdjęć, przedstawiających Lidkę podczas wielu aktów seksualnych. Opowiedziała również o brutalnym pobiciu i gwałcie, którego doświadczyła z rąk alfonsa. Nie mogła ominąć faktu, że kiedyś sama była jego pracownicą. Okazało się, że Daro już od dawna jest poszukiwany przez policję w wielu miastach Polski. Korzystając z faktu, że Daro sam z siebie umówił się z Lidką na spotkanie w wigilijny wieczór, niezwykła determinacja Lidki mogła sprawić, że przestępca zostałby schwytany, a co za tym idzie wreszcie trafiłby za więzienne kraty. Musiała tylko zgodzić się, ten jeszcze jeden raz na spotkanie ze swoim prześladowcą. Tak też zrobiła. Wróciła do domu w obstawie kilku nieumundurowanych policjantów, którzy mieli schwytać mężczyznę za nim zdążyłby wejść do domu Lidki. Udało się to osiągnąć bez żadnych trudności i rozgłosu, który niepotrzebnie oderwałby świętujących sąsiadów od kolacji. Za namową policji Lidka zdecydowała się zaskarżyć Daro i wnieść sprawę do sądu.  Na samo wspomnienie tego wieczoru Jakuba przechodziły zimne dreszcze. Im dłużej o tym myślał to coraz trudniej było mu stwierdzić, czy owy wieczór należy do najgorszych, czy jednak najlepszych w jego życiu biorąc pod uwagę fakt, że kobieta, którą tak kochał zdecydowała się wreszcie opowiedzieć mu o swoich problemach i przeszłości. Brał to mimo wszystko za dobrą kartę na przyszłość. Znaczyło to dla niego bardzo wiele zwłaszcza, że tego wieczoru po raz pierwszy wyznała mu miłość. Nie mogło to być wyznanie dyktowane emocjami i desperacją powodowaną brakiem kogokolwiek innego, komu mogłaby, bądź chciała powierzyć swój los. Chociaż twierdziła, że nikt taki nie istnieje on wiedział, że każdy człowiek, a w szczególności ludzie, których uważała za swoich dobrych znajomych, przyjaciół, byliby w stanie jej pomóc.
– Ja też cię kocham. Teraz wiem to na pewno.
– Zabrzmiało w jego głowie wspomnienie jej słów i uśmiechnął się do siebie. Relacja, którą stworzyli wciąż była bardzo krucha i stąpała po cienkim lodzie niepewności. Kuba miał świadomość, że póki co to on sam musi włożyć mnóstwo pracy, by ją utrzymać. Na inicjatywę ze strony Lidki nie mógł liczyć. Była załamana, wciąż zalękniona o swoje życie mimo, że człowiek, którego tak bardzo się obawiała został aresztowany i nic nie wskazywało na to, że szybko odzyska swoją wolność. Policja już pierwszego dnia po świętach zjawiła się w stacji ratownictwa medycznego, powodując masowe utrudnienia w pracy. Jakub długo głowił się nad tym, w jaki sposób może pomóc Lidce, żeby wyszła z tej sprawy jak najbardziej obronną ręką i do głowy przychodził mu tylko jeden pomysł. Rozmowa z szefem stacji, Arturem Górą. Korzystając z przerwy podczas swojego dyżuru w szpitalu udał się do stacji i zapukał do gabinetu Artura.
– Proszę!
– Cześć Artur.
– Powiedział wchodząc szybko i siadając naprzeciw kolegi.
– Jakub? Ty tutaj? Wybacz, ale mam teraz urwanie głowy.
– Ja przychodzę właśnie w tej sprawie.
– Nie rozumiem?
– Artur, przychodzę w sprawie Lidki.
– A to już wszyscy o tym wiedzą?
– Nie wiem, czy wszyscy, ale ja na pewno. Sam zawiozłem ją na policję w celu złożenia zeznań.
– No właśnie. Cholerna policja! Zrobili mi burdel w papierach! Całą dokumentację wzięli do sprawdzenia! Bóg jeden raczy wiedzieć co oni tam znajdą jeszcze, prócz tego, czego szukają. Ja wiedziałem, po prostu wiedziałem, że Chowaniec coś kombinowała, że coś jest nie tak!
– Więc dlaczego nie drążyłeś? Przecież chyba uważasz się za jej przyjaciela. Powinieneś jej pomóc, jeśli czułeś, że coś nie gra.
– Przecież wiesz, że próbowałem, nawet ciebie pytałem…
– Widocznie niezbyt skutecznie. Musimy coś zrobić.
– Już zrobiłem. Na razie zawiesiłem ją w obowiązkach.
– Żartujesz?
– A wyglądam?
– Czy ona o tym wie?
– Tak, dzwoniłem do niej jakąś chwilę temu. Powiedziała, że rozumie, że…
– Jak mogłeś jej to zrobić?
– Wszedł mu w słowo Kuba.
– Zwyczajnie. Prawo mnie do tego zmusiło.
– Ona potrzebuje teraz wsparcia, nie odtrącenia.
– Tak? To chyba nie wiesz o tym, że takie śmierdzące sprawy roznoszą się bardzo szybko i pracując mogłaby mieć dużo więcej nieprzyjemności, kiedy pacjenci odmawialiby jej pomocy.
– Ale jeżeli zostawimy ją samej sobie to…Boję się, że załamie się całkiem, że…Znowu spróbuje zrobić coś głupiego.
– Artur westchnął ciężko.
– Na prawdę chciałbym móc zrobić coś więcej, ale nie mogę! Zrozum mnie. Wiem, że ona była do tego zmuszana, to z pewnością są jakieś okoliczności łagodzące, ale prawo póki co nie do końca stoi po jej stronie! Grozi jej więzienie!
– Wiem, odebranie praw do wykonywania zawodu, wiem! Musimy coś z tym zrobić. Przecież chyba możesz wpłynąć na to, żeby kara, którą poniesie była jak najmniejsza.
– Próbuję, cały czas się głowie jak jej pomóc, uwierz mi!
– Ja mam pewien pomysł.
– Artur wypuścił powietrze ze świstem, przerzucając papiery na biurku.
– No to mów, Sherlocku.
– Może zgodziłbyś się, żebym pokrył równowartość skradzionych leków?
– Co? Co ty…Żartujesz sobie ze mnie? Ja rozumiem, że chcesz jej pomóc, ale nie coś takiego!
– Dlaczego? Przecież nikt nie musi o tym wiedzieć. Kiedy sąd zdecyduje o wymiarze jej kary, odpracuje należność tak, jak powinna. Ona będzie miała poczucie, że płaci za błąd, stacja wyjdzie na swoje dużo wcześniej, tyle, że w tajemnicy. Nie jesteś zadowolony z takiego układu?
– A co ja zrobię z pieniędzmi, które dostanę od ciebie, co? Schowam do kasy pancernej, której nie mam? Albo może od razu pójdę i uzupełnię zapas morfiny, który zniknął. Dobrze wiesz, że nie możemy zawrzeć ze sobą umowy na słowo honoru! Kubuś. Kubuś! Ja cię naprawdę bardzo lubię, wiesz? Też chcę pomóc Lidce, ale nie kombinujmy w tą stronę. Postaram się przekonać sąd, że wyrok w zawieszeniu będzie odpowiedni w tym przypadku. Spróbuję też zdziałać coś, żeby mogła popracować przez ten czas na dyspozytorni.
– Kuba pokręcił głową zrezygnowany.
– Może masz rację. Przepraszam cię. Chyba faktycznie jestem mocno zdesperowany, bo wiem, że ona żałuje tego, co zrobiła. Nie chciała tego. Wiem też, że tak całkiem po kościach to się nie może rozejść. Jednak jestem pewien, że drugi raz nie popełniłaby już tego błędu.
– Powiedz mi…Ona jest ci bliska, prawda? Widzę jak bardzo chcesz jej pomóc..
– Tak. Jest mi bliska. Nie podoba mi się tylko twoje myślenie, że właśnie dlatego chcę jej pomóc. Nie, między innymi dlatego. A tak poza tym wiem, że jest dobrym człowiekiem, najlepszą i najbardziej oddaną swojej pracy ratowniczką jaką znam…
– Ok, masz rację. Źle się wyraziłem, ale dziękuję za szczerość. W każdym razie, możesz być pewien, że ja również zrobię wszystko, żeby jej pomóc, bo zgadzam się z tobą w całej rozciągłości. Żałuję tylko, że Lidka nie poczuła się na tyle pewnie wśród wszystkich nas, żeby z kimkolwiek o tym porozmawiać i być może uniknęłaby tych wszystkich kłopotów, a my razem z nią. Echhh ta Chowaniec Chowaniec. Najpierw robi, potem myśli. Narwana to ona zawsze była.
– Kuba uśmiechnął się lekko spoglądając na misę z ciasteczkami.
– Masz ochotę? Częstuj się, śmiało, proszę!
– Dzięki, może spróbuję. Słyszałem, że sam pieczesz i że są najlepsze na świecie.
– No skoro Chowaniec mi taką dobrą reklamę robi to…
– Tym razem Artur uśmiechnął się ukazując białe zęby.
– A tak poważnie Kuba…Jak ona się czuje?
– No cóż. Nie będę ukrywał, że jest źle. W święta ledwo udało nam się z Kasią zmuszać ją, żeby coś jadła.
– Nawet nie chcę sobie wyobrażać przez co ona przechodziła tyle czasu.
– Rzekł Artur zjadając ciastko.
– A czy wiadomo kiedy będzie sprawa w sądzie?
– Jeszcze nie. Najważniejsze, że zdecydowała się zaskarżyć Daro, termin tej rozprawy za niedługo pewnie będzie ustalony.
– No tak…Zarzuty postawią jej na odrębnej rozprawie. Bardzo bym nie chciał kierować przeciwko niej powództwa…Ale…
– Wiem, musisz. Jedyne, czym możesz się dla niej mimo wszystko przysłużyć to powalczyć o jak najniższy wymiar kary.
– Wiesz, że zamiast ciebie to ona powinna teraz ze mną rozmawiać, prawda?
– A ty wiesz, że jest zbyt honorowa, żeby prosić o pomoc. Ja natomiast wiem, że nie pozwolę, żeby jeszcze kiedykolwiek pod okiem mojej osoby stała jej się krzywda.

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 21

– O tak ciepłej i rodzinnej kolacji wigilijnej, jaka rozpoczynała się właśnie w najlepsze w domu Banachów nie jeden człowiek marzył wielokroć każdego roku w tym dniu. Siedmioosobowa rodzina, która zgromadziła się w domu, wreszcie odzyskała utracony spokój i szczęście. Zosia i Anna rozkładały sztućce i talerze, śmiejąc się wesoło. Wiktor w tym czasie zajmował się córeczką, której zachwyt wielką, kolorową choinką, przystrojoną w masę kolorowych bombek, ozdób i lampek zdawał się nie mieć końca. Mama Anny doglądała ostatnich potraw w kuchni, które lada chwila miały wjechać na stół. Jarosław, brat Wiktora pomagał ich ojcu ubrać się odświętnie. Jego stan polepszył się na tyle, ŻE Anna z Wiktorem, po telefonicznej konsultacji z Jakubem, oraz lekarzem dyżurującym, postanowili zabrać go do domu na święta. Stół już niemal po brzegi zastawiony jedzeniem stał pośrodku salonu, za oknem zaczął padać drobny śnieg, a ze starej, wysłużonej mini wierzy ustawionej na regale przy oknie płynęły dźwięki kolęd i pastorałek.
– No! Siadajcie kochani, siadajcie! Wszystko już gotowe.

– Powiedziała mama Anny, próbując się przebić przez panujący rozgardiasz.
– Jezus Maria! A gdzie opłatek? A sianko pod obrusem?
– Spokojnie babciu, już się tym zajmuję..
– Wiktorku, weź Poleńkę, idźcie no szybciuchno po Jarka i Władka, ileż to można się przebierać, a może mu tam co pomóc trzeba?

– Zakomenderowała Małgorzata, a Zosia i Anna jej zawtórowały.

– Pola była bardzo rozczarowana, że tata odrywa ją od tak wspaniałej zabawy, którą były próby pozbawiania choinki pięknych ozdób, bombek i lampek, skutecznie uniemożliwiane przez rodziciela, ale właśnie to było przecież najfajniejsze.
– Jak wam idzie? Zaraz zaczynamy.

– Zapytał wchodząc do pokoju taty z grymaszącą Polą na rękach.
– No już już, cichutko kochanie, potem się pobawimy, zgoda? Będzie jeszcze fajniej.

– Pocałował dziewczynkę w główkę i nieco się uspokoiła.
– My już jesteśmy gotowi, prawda…Tato?

– Odrzekł Jarek z lekkim wysiłkiem sadzając ojca w specjalnym fotelu, by można go było przewozić z miejsca do miejsca..
– Słuchaj Jarek…Pomyślałem, że skoro i tak wszyscy będziemy szli na pasterkę, to może zostałbyś dzisiaj u nas na noc…
– No…Jeżeli to nie problem…Pomógłbym przy tacie. Z resztą ja i tak miałem wam powiedzieć, żebyście poszli beze mnie. Zostanę z tatą w domu. Lepiej go teraz nie zostawiać.
– Tak…Racja.

– Odparł cicho Wiktor.
– No to co, idziemy? Kolacja już gotowa.

– Jarek uśmiechnął się do brata.
– Idziemy. Panie przodem!

– Wskazał palcem Polę i dziewczynka obnażyła w uśmiechu dwa przednie ząbki.

– Znaleźli się w salonie akurat w momencie, gdy Anna z namaszczeniem dzieliła opłatek kładąc go przy na kryciach.
– Już jesteście? No to siadamy! Tu, u szczytu stołu oczywiście posadzimy ciebie Władeczku! Jesteś jak by nie było seniorem rodu! Mój kochany! Tak cię zabiedzili w tym szpitalu, ale nie martw się. Już ja cię odkarmię, przy mnie już żadne takie choróbsko cię nie dopadnie. No…No…Siedź tu sobie spokojnie i niczym się nie martw.

– Małgorzata ucałowała z werwą czoło i policzki Władysława.
– Kochana jesteś Gosieńko, kochana. Chętnie bym wstał i cię uścisnął…
– Ale nie kłopocz się Władzieńku, naprawdę! Chodź, podzielimy się opłatkiem. No…No…
– Mamo, zaczekaj. Za nim wszyscy podzielimy się opłatkiem chciałabym coś powiedzieć.

– Powiedziała Anna korzystając z chwili ciszy, która zapanowała. Westchnęła ciężko z drżeniem w głosie i podjęła:
– Kochani, ja…Ja jestem tak wzruszona, że…Że, naprawdę…Ciężko mi sklecić jakieś sensowne zdanie…Zawsze tak mam, kiedy się stresuję i jestem szczęśliwa.

– W Kącikach jej oczu pojawiły się pierwsze, nieproszone łzy, które próbowała powstrzymać mrugając.
– Cieszę się bardzo, że…Że…Że…Uffff, Jezu, co ja miałam powiedzieć? Wybaczcie mi, ale naprawdę bardzo się stresuje i…I…No…W dodatku kiedy jestem szczęśliwa to…Przepraszam, muszę wziąć kilka łyków wody.

– Chwyciła szklankę w dłoń i głośno przełknęła kilkukrotnie.
– Aniu, spokojnie…

– Wiktor objął ją ramieniem.
– Więc chciałam powiedzieć, że naprawdę to cudownie widzieć was tu wszystkich, teraz…Razem i…Boże…Przepraszam, ja…

– Ręka Wiktora zaczęła czule gładzić jej plecy.
– Ten rok był dla nas wszystkich tak trudny…Niemal na każdym kroku jakieś tąpnięcie…

– Przerwała ocierając łzy i zbierając siły na następne słowa.
– Myślę, że to wszystko tylko nas wzmocniło i wielka moja radość, że pomimo tylu przeszkód…

– Jej palce bezwiednie zaczęły bębnić po stole.
– Że przeszliśmy przez to wszystko i jesteśmy razem…Chciałabym, żeby tak było już zawsze…Żebyśmy pozostali tacy szczęśliwi, tworząc wreszcie prawdziwą rodzinę, tak jak teraz. Przepraszam was, jeszcze raz, że ja tak plotę bez ładu i składu, ale…Jestem prze szczęśliwa i bardzo wzruszona!

– Rozpłakała się, ale została nagrodzona oklaskami i tradycja dzielenia się opłatkiem została rozpoczęta.
– Moja dzielna, szczęśliwa żono! Cieszę się, że trafiłem na ciebie, bo obawiam się, że żadna inna długo nie zniosłaby tego mojego heroizmu dla świata i kłopotów, które za sobą niesie. Już? Dobrze?
– Dobrze. Dziękuję. Nie wiem czy masz tak do końca powód do radości, bo jeżeli ten heroizm będzie się powtarzał to…Rozwód w trybie natychmiastowym! Wszystkiego najlepszego kochany Oby ten rok był jeszcze lepszy niż poprzedni, wobec tylu zmian, które nas czekają.
– Będzie na pewno, obiecuję!

– Przełamali się opłatkiem i korzystając z nieuwagi domowników wymienili długi, namiętny pocałunek.

– W następnej kolejności Wiktor podzielił się opłatkiem z mamą Anny, obawiając się o swoje żebra, kiedy tuliła go mocno życząc pomyślności i wspaniałego życia w nowym domu.
– Wiktosiu…Co z tymi oświadczynami, o których mi mówiłeś wczoraj?

– Szepnęła konspiracyjnie.
– Oczywiście, że będą. Zdążyłem już ukryć pierścionek pod choinką. Jarek przebierze się za Mikołaja i będzie rozdawał prezenty. To będzie moja szansa.
– Świetnie kochany! Świetnie!!
– Tato, tu jesteś! Wreszcie się do ciebie dobiłam. Wszystkiego najlepszego!
– Dziękuję słoneczko. Aleś ty mi wyrosła. Życzę ci, żebyś była taką dobrą studentką jak ja.
– Ha ha ha! Suchar…Będę lepszą, a właściwie jestem. A ja życzę tobie, żebyś był szczęśliwy zawsze tak, jak jesteś teraz. Cieszę się, że pogodziliście się z wujkiem, że będziemy mieszkać w nowym domu…No ja to właściwie raczej będę pomieszkiwać, ale to szczegół. Zasłużyliście z Anią na to całe dobro.
– Miło to słyszeć. A powiedz no staremu ojcu, kręci się tam już ktoś koło ciebie? Czekać mam wnuków?
– Nie, możesz być spokojny, będziesz pierwszym, który się dowie, jeżeli ten fakt się zmieni.

– Przełamali się opłatkiem tuląc się mocno i Zosia zostawiła ślad szminki na policzku Wiktora, a potem poszła dzielić się opłatkiem z innymi.

– Nadeszła chwila, która stresowała Wiktora od początku dnia. Musiał podzielić się opłatkiem ze swoim bratem, któremu zdecydował się wybaczyć. Chociaż miał najszczersze intencje, jak sobie postanowił, chwila tak i tak była dla niego bardzo trudna i przyprawiała go o dreszcze i gęsią skórkę.
– Jarek…Ja…Chciałbym…Życzyć ci, żebyś…

– Jąkał się niepewnie.
– Żebyś po prostu był szczęśliwy, żeby otaczali cię dobrzy ludzie, zdrowie i…Nie wiem co jeszcze. Jest to dla mnie trudne.
– Dziękuję Wiktor. Rozumiem jak się teraz czujesz, jestem ci wdzięczny za to, że mogę tu z wami być, że mi wybaczyłeś, widzę jak bardzo się starasz i wiem, że jest to szczere. Obiecuję, że nigdy już nie zawiodę.

– Przytulili się mocno, poklepując raźno po plecach i po przełamaniu, Wiktor raźno poszedł dzielić się opłatkiem ze swoim tatą.
– Cześć tato. Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? Nie jesteś zbyt znużony?
– Nie, wprost przeciwnie. Nigdy nie czułem się lepiej i nie byłem bardziej szczęśliwy, nawet wtedy, gdy skończyła się druga wojna światowa.

– Wiktor roześmiał się.
– To świetnie. W takim razie tobie to muszę życzyć zdrówka! Mnóstwo, mnóstwo zdrówka. Będzie ci potrzebne, żeby nas wszystkich przeżyć. Mówiliśmy ci z Jarkiem, że z tego wyjdziesz, a ty sądziłeś inaczej.
– Gdybyś nie poczuł się zagrożony moim odejściem, nigdy w życiu nie pogodziłbyś się z bratem. Ukartowałem to troszeczkę synu.
– No nie wiem czy było to ładne z twojej strony, ale wybaczam ci. Zasiadajmy więc do kolacji.

– Po skończonym obrzędzie dzielenia się opłatkiem przy stole na powrót zrobił się harmider. Każdy z kimś o czymś rozmawiał, zajadając i śmiejąc się w najlepsze. Mama solennie pilnowała kto i ile czego zjadał, co rusz rzucając różne komentarze, które bawiły wszystkich.
– Wiktosiu, dołóż sobie tej rybki, taka pyszna mi wyszła w tym roku. Zosieńka, ty taka blada, chudziunia, barszczyku zjedz więcej, bo witaminek ma dużo. Aneczko! No co to ma być! Dziobiesz jak wróbelek. Tylko pan Jareczek je jak przystoi, niczego sobie nie żałuje. Władziu, może jeszcze ciasta? A Polisia to by chętnie babcinego kompociku się jeszcze napiła ciooo?

– Po kolacji było wspólne śpiewanie kolęd i pastorałek
– No to co! Prezenty?

– Zapytała Anna radośnie.
– Taaak!

– Odkrzyknęli wszyscy.
Do pokoju wszedł Jarek, który nie wiedzieć kiedy ulotnił się, by przebrać się za świętego Mikołaja. Cała ta atrakcja była przygotowana ze względu na najmłodszą Banachównę, lecz nikt nie spodziewał się, że dziewczynka się przestraszy. Płacz szybko został jednak zażegnany, gdy święty Mikołaj o nieco zmienionym na tę potrzebę głosie wręczał jej kolorowe prezenty. Mama lekko trąciła pod stołem Wiktora.
– Bądź czujny Wiktosiu, bądź czujny!

– Syknęła obserwując Annę, która wraz z Zosią pomagała rozpakowywać prezenty małej Poli. Po chwili cała podłoga w salonie zasłana była kolorowymi wstążkami i papierem, mnóstwem nowych zabawek Poli. Jej zachwyt objawiał się piskiem o najwyższych możliwych decybelach. Kiedy nadszedł czas rozpakowywania prezentów przez Annę i w jej rękach pojawił się upominek od Wiktora, czujny mąż stanął obok. Maleńkie pudełeczko zostało w końcu wydobyte z papierów i wstążek i wszyscy usłyszeli zbyt głośny oddech Anny.
– Wiktor…Czy ty masz z tym coś wspólnego?
– Ja? Nie, no co ty…Przecież nie jestem w tym gronie jedynym mężczyzną..

– Cichy śmiech przeszedł po salonie.
– O matko…

– Jęknęła kiedy zobaczyła piękny pierścionek w środku maleńkiego pudełeczka, wyłożonego czerwonym atłasem.
– Podoba ci się?
– Jest…Jest piękny, ale…Ale…Przecież ja już jestem twoją żoną…
– Tylko w połowie pełnoprawną. Do prawdziwych oświadczyn z pierścionkiem nigdy jeszcze nie doszło, nie było całej magii towarzyszącej uroczystościom ślubnym…
– Jezu…Wiktor…
– Zaraz mi tu zemdlejesz. Ale za nim to…Aniu, wyjdziesz za mnie?
– Tak! Tak tak tak tak tak!

– Powiedziała cicho, lecz na tyle głośno, że wszyscy mogli to usłyszeć.
– Ekstra ekstra ekstra ekstra!

– Odpowiedział i przytulił ją mocno, pieczętując przyjęcie oświadczyn długim pocałunkiem, wśród dopingujących do tego okrzyków.
– W takim razie zaraz po świętach pędzimy rezerwować najbliższy termin i trzeba będzie zająć się przygotowaniem tego pięknego dnia.
– Aniu, twoja komórka dzwoni w kuchni.

– Odezwała się Zosia, a Anna szybko oderwała się od Wiktora i pobiegła, by odebrać i porozmawiać nie przeszkadzając rodzinie w radowaniu się podniosłymi chwilami. Spojrzała na ekran telefonu i dojrzała, że dzwoni doktor Woźnicka z interny, która tego dnia miała dyżur w szpitalu w leśnej górze.
– Halo? Halo? Agata? Czekaj…Czekaj, bardzo słabo cię słyszę! Praktycznie nic nie rozumiem, naprawdę bardzo słabo…Nie…Teraz tak samo cicho, nic to nie dało.

– Anna wcisnęła przycisk głośniej na swoim telefonie komórkowym.
– Słuchaj Agatko…Dalej nic…Nie wiem co się dzieje, może to coś z zasięgiem…Podgłosiłam swój telefon na maksa i dalej bardzo słabo, może Zosia, poczekaj…Zosiaaa! Zośkaaa! Możesz na chwilkę?

– Zosia przybiegła do kuchni z nową torebką na ramieniu.
– Co się dzieje Aniu?
– Nie wiem…Dzwoni doktor Agata ze szpitala w leśnej górze, prawie nic nie słyszę, a głośność dałam na maksa. Jeszcze tego by brakowało, żeby telefon się popsuł.
– Pokaż mi go.

– Dziewczyna wzięła do ręki komórkę i wybuchnęła tłumionym śmiechem.
– Trzymałaś telefon mikrofonem przy uchu.
– O Jezu…To naprawdę coś ze mną dzisiaj nie tak…To przez ten stres. Dziękuję ci. Halo? Agata?

– Zosia wyszła, a Anna zrelacjonowała koleżance swoją pomyłkę, a potem przez długą chwilę milczała i uśmiech znikał z jej twarzy.
– Ro…Rozumiem…Bardzo ci dziękuję, że…Że zadzwoniłaś…Tak…Tobie również…Mimo wszystko wesołych świąt.

– Rozłączyła się i wróciła do salonu, gdzie śmiechom i wygłupom nie było końca.
– Pan Stefan zmarł godzinę temu. Właśnie dzwoniła doktor Woźnicka z leśnej góry.

– Wypaliła sprawiając, że zaległa grobowa cisza. Jedynie Wiktor wstał z miejsca i przytulił ukochaną dając jej znać, że rozumie jej ból.

Categories
Na sygnale, fanfiction, część 2

Rozdział 20

– Tego dnia, w którym ludzie próbują udowodnić sobie miłość, życzliwość bardziej niż kiedykolwiek w ciągu całego roku Lidka nienawidziła z całego serca.
– Dwudziesty czwarty grudnia!

– Wysyczała, włączając telefon i z niesmakiem obserwując, jak kaskada wiadomości z powielonymi życzeniami zapełnia skrzynkę odbiorczą. Właściwie może ten dzień nie byłby taki zły, gdyby miała z kim dzielić radość, która powinna mu towarzyszyć? W ostatnich latach każde święta spędzała sama, ewentualnie z kolegami i koleżankami z pracy, podczas Wigilii dla pracowników. Nikt nigdy nie dopytywał jej, gdzie i z kim spędza święta, było jej to na rękę. Gdyby powiedziała, że sama, z pewnością posypałyby się zaproszenia, a przecież każde święta to czas, który powinno się spędzić tylko z rodziną. Nie chciała sprawiać nikomu kłopotu i zapełniać pustego, dodatkowego miejsca przy stole, wśród obcych ludzi. W tym roku nie było lepiej, a wręcz gorzej. Wszystko denerwowało ją jeszcze bardziej. Wyrzuty sumienia dręczyły ze zdwojoną siłą. Kiedy przeglądała otrzymane wiadomości usuwając je od razu, wśród nich zobaczyła wiadomość od Kuby i serce jak by odzyskało utracony rytm.
– Czy możesz pożyczyć mi ubijaczkę do jaj?

– Brzmiała treść smsa. Lidka zdębiała i czytała wiadomość jeszcze kilkanaście razy, za nim na dobre zaczęła się śmiać. Żadnych życzeń, ani pytań, co robi, gdzie jest, tylko poprosił ją o ubijaczkę do jajek zupełnie tak, jak by był to zwyczajny dzień w roku. Chociaż wydało jej się to dziwne, była mu za to wdzięczna. Może właśnie ta wdzięczność sprawiła, że postanowiła do niego zadzwonić. Nacisnęła zieloną słuchawkę i wyczekiwała, aż Kuba odbierze wsłuchując się w monotonny sygnał.
– Halo?
– Cześć.

– Odpowiedziała grzecznie, gdy odebrał. Miała wrażenie, że te dwa słowa, które padły z ich ust brzmią sztywno, jak by kompletnie się nie znali. Cisza trwająca już dziesięć sekund nie mogła się doczekać, aż któreś z nich ją przerwie.
– Dostałam twoją wiadomość…

– Urwała czekając na odpowiedź.
– Tak? No to świetnie…
– Ta rozmowa brzmi idiotycznie.

– Przeszło Lidce przez myśl.
– W związku z tą wiadomością zadzwoniłam. Mam ubijaczkę do jajek. To co, podrzucić ci?

– Skończmy z tą oficjalnością. Jestem jeszcze w piżamie, a czuję się, jak bym miał marynarkę, krawat i cały ten uroczysty komplet.
– Ty? W piżamie? O tej porze? Myślałam, że dziś pracujesz.
– Dzisiaj Wigilia, zapomniałaś? Poza tym, ustawiłem to wszystko tak, żeby chociaż w święta mieć czas tylko dla Kasi.
– Bardzo dobrze zrobiłeś.

– Uśmiechnęła się i znów zapadła cisza.
– No to co, podrzucić wam tę ubijaczkę?
– Będziemy wdzięczni.
– A czy to trochę nie zbyt późno, żeby brać się za wypieki?
– Trochę na pewno, ale kiedy nie ma rady, żeby zrobić to wcześniej, trzeba to zrobić właśnie dzisiaj.
– Mogłeś zadzwonić, pomogłabym…

– Urwała niepewna, czy powinna była to powiedzieć.
– Nie chciałem robić kłopotu. Zawsze z Kasią radziliśmy sobie sami z przygotowaniem świąt…
– W porządku. Jasna sprawa.

– Weszła mu w słowo.
– Poza tym…

– Ciągnął dalej niezrażony.
– Nie miałem pewności, czy to już odpowiedni moment, żeby ewentualnie to zrobić. Obiecałaś, że porozmawiamy i nie odezwałaś się.

– Lidka spuściła głowę w przepraszającym geście jak by miała nadzieję, że Jakub to zobaczy.
– Przepraszam. Stchórzyłam, przyznaję.
– To jeszcze dzisiaj masz okazję naprawić ten błąd, zważając na to, że to dzień, w którym ludzie sobie wszystko wybaczają.
– Nie byłabym tego taka pewna.

– Powiedziała w myślach.
– Ok, będę u was za kilkanaście minut i przywiozę ubijaczkę. Nie mów Kasi, chcę jej zrobić niespodziankę.
– Jasne. To do zobaczenia.

– Rozłączyli się i Lidkę ogarnęły wątpliwości, czy dobrze robi decydując się na odwiedziny w domu Jakuba. Tak bardzo za nim tęskniła. W tej chwili oddałaby wszystko, żeby znów móc się do niego przytulić, poczuć zapach jego perfum, bliskość ciała i dotyk jego miękkich warg. Wspomnienie jego pocałunków, których trochę zamienili kilka miesięcy wcześniej często wracało w jej snach. Zebrała się w sobie i poszła do łazienki przygotować się na spotkanie. Kiedy suszyła włosy usłyszała dzwonek do drzwi. Poszła otworzyć i jej oczom ukazał się niewysoki mężczyzna trzymający wielki bukiet kwiatów.
– Dzień dobry, pani Lidia Chowaniec??
– Tak, to ja.
– W takim razie te kwiaty są dla pani. Proszę bardzo. Tu jest jeszcze bilecik.
– Dziękuję, gdzie podpisać?
– O tutaj.

– Mężczyzna wskazał długopisem miejsce na podpis i podał jej długopis.

– Kiedy zamknęła za nim drzwi, wstawiła kwiaty do wazonu i przeczytała bilecik.
– Wesołych świąt księżniczko. Pomyślałem sobie, że niefajnie jest dzielić się opłatkiem z odbiciem w lustrze. Będę o dziewiętnastej..
– Złość, która nagle w niej wezbrała już po chwili wylała się strumieniami łez z oczu. Lidka chwyciła bukiet kwiatów i cisnęła nim do kosza na śmieci, choć kwiaty nie były winne tego, że miała na pieńku z alfonsem jednego z największych warszawskich burdeli. Poczuła, jak tama strachu, którą skutecznie odgradzała się od jakiegoś czasu, kruszeje z minuty na minutę coraz mocniej. Podjęła decyzję. Nie da rady sama wypić tego piwa, którego naważyła. Musi powiedzieć o wszystkim Jakubowi, a potem policji. Pobiegła do sypialni i spakowała kilka najpotrzebniejszych rzeczy, kotkę ze sporą wyprawką do transportera i była gotowa do drogi. Nie miała w prawdzie pewności, czy Kuba pozwoli jej zanocować w swoim domu po tych wszystkich rewelacjach, które zdecydowała się mu powiedzieć, ale jeżeli nie, to znów będzie zmuszona wyjechać do Białego stoku. Kilkanaście minut później taksówka zatrzymała się pod domem Warnera. Lidka nieśmiało nacisnęła dzwonek i czuła, jak trzęsą jej się nogi w oczekiwaniu, aż drzwi się otworzą.
– Lidka…

– Powiedział Kuba otwierając usta i oczy w bezbrzeżnym zdziwieniu obserwując ekwipunek, z którym stała przed drzwiami.
– Przepraszam cię…Przepraszam, ja…Czy mogę się u was zatrzymać? Jeżeli nie to…Zrozumiem, muszę tylko sprawdzić pociągi do Białego stoku, bo…
– Zaraz, zaraz, chwileczkę, Lidka. Spokojnie. Nic nie rozumiem.

– Patrzył na nią, jak by była przybyszem z innej planety i zastanawiał się, co zmieniło się od ich niedawnej rozmowy telefonicznej, podczas której nie wydawała się być tak przestraszona jak teraz.
– Kuba…Wszystko ci wyjaśnię, tylko obiecaj mi…Obiecaj, że cokolwiek ci powiem…Że mnie nie wyrzucisz…Jeśli ty mi nie pomożesz to…
– Ciociaaaa! Ojeeejkuuu! Ale niespodziankaaaa!

– Lidka z całej siły starała się powściągnąć emocje i przywołała szczery uśmiech na widok Kasi.
– Cześć kochanie. Cieszę się, że niespodzianka ci się podoba.
– Ciocia zostaje u nas na noc.

– Stwierdził stanowczo i posłał córce uśmiech.
– Na prawdę? Chóraaaa!

– Wykrzyczała piskliwie i rzuciła się ze szczęścia Jakubowi na szyję.
– Jesteś kochany tatuśku! Czyli szarlotkę i torcik bezowy będziemy robić we troje?
– Jasne. Chętnie pomogę.

– Odparła tym razem Lidka.
– W takim razie prędko musimy się zabierać do roboty, bo do wieczora już nie daleko, a przecież po kolacji będą jeszcze prezenty…

– Urwała nagle, spoglądając ze smutkiem na Lidkę.
– Ciociu, ale ja…Ja nie mam prezentu dla ciebie…Gdybym wiedziała, że przyjdziesz…

– Lidka z przykrością uświadomiła sobie, że ona też nie ma prezentu dla małej.
– Nie martw się kochanie. Nic się nie stało. Podarujesz mi coś kiedy indziej. Ja też niestety nie zdążyłam kupić nic dla ciebie.
– Nic nie szkodzi! Ty jesteś moim największym prezentem! Oooo! Przywiozłaś Zulę?
– Już się bałam, że jej nie zauważysz. Nie mogła się doczekać spotkania z tobą. To co, wypuszczamy ją z klatki? Bardzo nie lubi w niej długo siedzieć.
– Taaak! Mogę się z nią pobawić u siebie w pokoju?
– Możesz. My z ciocią w tym czasie napijemy się kawy i porozmawiamy i bardzo cię proszę, nie podsłuchuj i nie przeszkadzaj, dopóki cię nie zawołam, zgoda?
– Zgoda.

– Dziewczynka wzięła kotkę na ręce i po chwili zniknęła na piętrze. Kuba zaprosił Lidkę do przestronnej kuchni, gdzie prace do wigilijnej wieczerzy trwały w najlepsze.
– To co, pomożesz mi?
– Pewnie. Dziękuje ci, że…
– Nie ma o czym mówić. Mów w końcu co się dzieje. Czekam na to od tylu miesięcy, że kilka minut dłużej już chyba nie wytrzymam.
– Kuba, powiem ci. Wiem, że po tym wszystkim nie będziesz chciał mnie znać.
– Przestań gadać głupoty!
– Za nim zaczęłam pracę w karetce, pracowałam jako prostytutka.

– Powiedziała spokojnie.
– Co takiego?

– Zapytał poważniejąc.
– Nie przesłyszałeś się. Moja mama bardzo chorowała, miała nowotwór z przerzutami. Musiałam nas jakoś utrzymać, leki, leczenie, życie, wszystko kosztowało, a żyć jakoś trzeba było. Z jej renty, którą otrzymywała było to awykonalne.
– Przepraszam, że zapytam, może nie powinienem, jestem daleki od oceny, może tylko bardzo zaszokowany. Dlaczego akurat taki sposób pracy?
– Nazywajmy rzeczy po imieniu. Dlaczego prostytucja? Nie wiem…Nie jestem w stanie ci odpowiedzieć na to pytanie. Wkręciła mnie w to koleżanka, a ja byłam tak zdesperowana, potrzebowałyśmy pieniędzy, ja i mama…Problemy zaczęły się wtedy, kiedy okazało się, że pieniądze za seks z klientami nie trafiają bezpośrednio do nas, tylko do alfonsa, szefa całego tego interesu. Mówił nam, że pieniądze idą na nasze utrzymanie, kosmetyki. To jest najbardziej podły człowiek jakiego poznałam w życiu. Korzystał z usług każdej z nas kiedy chciał, ile chciał. Był specjalistą od najbardziej wyszukanych perwersji seksualnych, o których pisze się tylko w książkach.
– A wtedy jak się domyślam, nie mogłaś się już wycofać?
– Próbowałam, ale on zawsze był o krok do przodu. Kamerował każdy seks ze swoim udziałem, robił paskudne zdjęcia.

– Jakub wypuścił powietrze ze świstem. Czuł, jak kaskada niespodziewanych informacji zaczyna go przygniatać.
– Czy ona…Twoja matka to wiedziała?

– Pytał nerwowo chodząc po kuchni.
– Nie. Wiedziałam, że ta wiedza mogłaby tylko pogorszyć jej stan, zresztą…W konsekwencji końcowej i tak nie udało mi się jej uratować i niełatwo było mi się wykupić z burdelu. Kiedy w końcu mi się to udało i byłam pewna, że uda mi się zakopać te wspomnienia raz na zawsze…On wrócił. Na dyżurze z Wiktorem mieliśmy wezwanie do burdelu…

– Kontynuowała swoją historię, a strumienie łez niekontrolowanie zaczęły płynąć jej z oczu.
– Pamiętasz, kiedy byliśmy w Zalesicach? Mówiłam ci, że ktoś nas śledzi…Nie wierzyłeś mi…Czułam niepokój, jednego razu widziałam go. Myślałam, że to przywidzenie…Kiedy po powrocie z Zalesic wracałam do swojego domu i spotkałam go.!
– Czego od ciebie chciał?

– Pytał z pozorowanym spokojem.
– Żebym wykradała dla niego morfinę w zamian, za to, że filmiki i zdjęcia z moim udziałem nie przedostaną się do sieci i moich znajomych. Ja nie chciałam…Nie chciałam tego robić, to dlatego…Dlatego uciekłam do Białego stoku na trzy miesiące! Rozumiesz? Chciałam chronić siebie, ciebie i Kasię, stację! Nas wszystkich! Myślałam, że…Że po tak długim czasie zapomni…Ale nie zapomniał. Kiedy wróciłam znowu się spotkaliśmy. Wtedy myślałam, że już nie wyjdę z tego cało, strzelał do mnie na…Nnnna Ulicy…Potem porwał i zawiózł do…Do swojej dziu…Dziu…pli…Zgwałcił mnie i zmusił, żebym mu zrobiła…Żebym…Pokazywał mi zdjęcia Kasi, groził, że on ją…Że jej coś zro…Zrobi…
– Nie nie nie…Nie, Lidka, to jest żart…Powiedz, że to jest żart! Nie zrobiłaś tego! Powiedz, że poszłaś na policję, Lidka!
– Zro…Zro…Zrrobbbi…łłłammm…Ja…ja tak stra…Straasznie…Cię…Prze…Przee…Przepraa…szammm!

– Lidka płakała tak mocno, że brakowało jej tchu. Nie była w stanie skupić się na słowach Jakuba, słyszała go jak za mgłą, potrząsał nią, coś do niej mówił, ale nie dała rady zrozumieć co. Kuba wmusił w nią dwie tabletki na uspokojenie i dopilnował, by popiła solidną porcją wody. Kiedy się uspokoiła, a oczy nie potrafiły już produkować łez, on podszedł do jednej z szafek i wlał sobie całą szklankę whisky, a potem wypił ją duszkiem.
– Przyznam szczerze, że w całym moim życiu chyba w większym szoku nie byłem. Nie wiem, do prawdy nie wiem co mam ci powiedzieć, w głowie mi się to wszystko nie mieści!
– Zawiodłam cię. Wiem o tym, przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam. Jeśli jednak nie będziesz chciał mnie znać…
– W głowie mi się nie mieści, że wytrzymałaś z tym aż tak długo! Że nie przyszłaś, że nie powiedziałaś mi tego zaraz po waszym spotkaniu, Lidka! Ja cię kocham! Powiedziałem ci to! Myślałem, że mi ufasz…A przynajmniej, że wtedy ufałaś!

– Krzyczał spoglądając jej głęboko w oczy. Jednak silne leki, które jej zaaplikował sprawiały, że nie robiło to na niej większego wrażenia.
– Ja też cię kocham. Teraz wiem to na pewno. Chciałam was chronić. Nie wiem co mam robić. Niedługo brak tylu leków, które zabrałam wyjdzie na jaw…Będę się musiała przyznać…Artur zgłosi to na policję…Pójdę siedzieć…Odbiorą mi prawo do wykonywania zawodu…Proszę…Pomóż mi…

– Jakub miał wrażenie, że jego świat, dusza i serce rozpadają się na maleńkie kawałeczki. Żałował, że akurat dzisiaj Lidka zebrała się na odwagę, by mu to wszystko wyznać, bo nie miał pomysłu jak ukryć swoje emocje przed ośmioletnią córką przez cały dzień i przy wigilijnej wieczerzy, ale cieszył się, że teraz ma ogląd na całość sytuacji. Czuł, że nie może jej zostawić z tym wszystkim samej. Już raz niemal odebrała sobie życie przez to, że nie otrzymała odpowiedniego wsparcia. Gdyby stało się tak po raz drugi, nigdy by sobie tego nie wybaczył, bo kochał Lidkę z całego serca.
– Jak widzisz…Nie jestem takim draniem, za jakiego mnie miałaś. Nie wszyscy są tacy jak on.

– Powiedział spokojnie odkładając pustą szklankę do zmywarki.
– Obiecaj, że już nigdy więcej tego nie zrobisz, słyszysz? Obiecaj mi to!
– Przysięgam. Nigdy więcej nie wykradnę dla niego leków. Dzisiaj przysłał mi kwiaty z bilecikiem. Napisał w nim, że odwiedzi mnie o dziewiętnastej. Przestraszyłam się…Tego człowieka boję się jak nikogo na świecie i…Uciekłam.
– Mówisz mi o tym dopiero teraz? W takim razie zaraz jedziemy z tym na policję, nie ma co czekać. Drugiej szansy, żeby go zgarnęli nie będzie.